za:  http://toyah1.blogspot.com/2015/01/franciszek-vs-kroliki-nokaut-w-12.html

toyah-3

 

Krzysztof  Osiejuk

 Już kilka dni po tym, jak nowym papieżem został kardynał Bergoglio przyjmując imię Franciszka, stanęliśmy wobec zjawiska raczej dość oryginalnego. Oto wszelkiej maści ateiści, agnostycy, antyklerykałowie, osoby tak zwane „wierzące, ale niepraktykujące”, czy wreszcie ci wszyscy, którzy w stosunku do spraw wiary zachowywali dotychczas zimną obojętność, nagle podnieśli głowy i oświadczyli, że jest im bardzo miło widzieć, że papieżem został jeden z nich. Ale wobec owego szaleństwa – bo to z czym mieliśmy do czynienia należy nazwać szaleństwem – nawet, jeśli była w nim dość perfidna metoda – a w sposób dość jednoznaczny była – zamiast solidarnego protestu osób pobożnych i pozornie wiernych Kościołowi przeciwko temu kłamstwu, mogliśmy zaobserwować coś wręcz przeciwnego, a mianowicie swego rodzaju przyjazne sprzężenie zwrotne. Im bardziej strona, że tak ją nazwiemy, bezbożna ogłaszała papieża Franciszka swoim sprzymierzeńcem, tym bardziej ludzie z Bogiem w sercu i medalikiem z Matką Boską na szyi, owszem, głosili sprzeciw, tyle że nie w stosunku do owych kłamców, ale jak najbardziej w stosunku do Ojca Świętego.

O co chodziło? Jakiego rodzaju pretensje do Franciszka kierowano. Otóż dokładnie te same, które bezbożne kłamstwo, propagowało, tyle że w formie laudacji. Mechanizm od początku był prosty i jest prosty wciąż: bezbożnicy ogłaszają, że Papież jest ich duchowym przywódcą, bo wsparł związki homoseksualne i wypowiedział się za dopuszczalnością aborcji, na co lud pobożny w jednej chwili, jak za panią matką, deklaruje swój wrogość wobec papieża – duszpasterza ludzi złych i podłych. Co im każe za każdym razem akceptować te kłamstwa? Jak to możliwe, że choćby ów bardzo wyraźny i jednoznaczny przekaż Franciszka, że ten kto się nie modli do Boga, ten się modli do Diabła nie jest już dla nich tak ważny, jak oczywiste plotki rozpuszczane przez media i osoby z mediów czerpiące całą swoją wiedzę o świecie? Otóż doszło do tego dlatego, że tak naprawdę zarówno jedna strona jak i druga, grzeszy najbardziej grzeszną gnuśnością, gdzie nie liczy się nic, jak tylko to, co człowiekowi podpowiedzą jego emocje i kompleksy. Ani jedni ani drudzy od samego początku choćby na jeden moment nie uznali za stosowne się nad swoim grzechem zadumać i zwyczajnie opamiętać. Od początku, niemal dzień za dniem mieliśmy do czynienia z zachowaniem typu bodziec – reakcja. Jak u małpy w ruskim laboratorium.

Kiedy przedwczoraj jeszcze, portal wpolityce.pl przedstawił wiadomość zatytułowaną „Śmiać się czy płakać. Papież: ‘To nieprawda, że dobrzy katolicy muszą być jak króliki i mieć dużo dzieci’. Najważniejsza jest odpowiedzialność”, a pod spodem, podany za PAP-em tekst informujący o tym, że papież Franciszek skrytykował rodziny wielodzietne i wezwał do posiadania nie więcej, niż trojga dzieci, pomyślałem sobie, że tym razem ja już do nich nie mam siły. Uznałem, że to jest stan, na który ja już ani nie mam rady, ani rady mieć nie chcę. I machnąłem na to opętanie ręką.

 

I oto dziś widzę, że redakcja portalu dokonała odpowiedniej autocenzury i z owego tytułu zostawiła tylko cytat z Franciszka i uwagę o odpowiedzialności. Ów szyderczy dylemat: „śmiać się, czy płakać” wyleciał w kosmos. Mało tego. Redakcja postanowiła do swoich szyderstw sprzed zaledwie 24 godzin wprowadzić podwójne uzupełnienie, najpierw w postaci napomnienia: „kilka zdań uzupełnienia zanim ulegniemy manipulacji”, a następnie bezpośredniego już ataku na „lewicowych” kłamców i ich „manipulacje i sztuczki interpretacyjne”.

O co poszło? O to co zawsze, a więc o fakt, że jak można się było od początku domyśleć, słowa papieża zostały od początku do końca wyrwane z kontekstu i zafałszowane, a część z nas – jak zawsze – zanurzona w swej gnuśności i kompleksach, owe kłamstwo dała sobie bez jednego protestu wdrukować w umysły i serca.

Oto faktyczne słowa papieża, będące zresztą odpowiedzią na pytanie dziennikarza dotyczące dramatycznej biedy, w jakiej żyją dzieci na Filipinach:

Myślę, że liczba trojga dzieci w rodzinie, o której pan wspomniał – to mnie zabolało – to liczba, o której eksperci mówią, że jest ważna dla utrzymania populacji. Troje dzieci na jedną parę. Gdy ta liczba spada, wpadamy w inną skrajność, jak to się dzieje we Włoszech. Słyszałem – nie wiem, czy to prawda – że w 2024 r. nie będzie pieniędzy, aby wypłacać emerytury z powodu spadku populacji. Dlatego słowem kluczowym w odpowiedzi na tę kwestię, słowem, którego Kościół używa cały czas, i ja też, jest odpowiedzialne rodzicielstwo. Jak je osiągnąć? W dialogu. Każda osoba ze swym duszpasterzem poszukuje tego, co oznacza odpowiedzialne rodzicielstwo.

Wspominałem o kobiecie, która spodziewała się ósmego dziecka, mając już siedmioro, urodzonych przez cesarskie cięcie. To jest nieodpowiedzialność. Ta kobieta mogłaby odpowiedzieć: ‘Nie, ja ufam Bogu’. Ale, patrzcie, Bóg daje nam środki, by być odpowiedzialnymi. Niektórzy uważają, że – przepraszam za język – że aby być dobrymi katolikami, musimy być jak króliki. Nie. Rodzicielstwo odpowiedzialne. To jest jasne i dlatego w Kościele są grupy wsparcia dla małżeństw, są eksperci, są duszpasterze, do których można się zwrócić i jest wiele sposobów, które są dozwolone i które są pomocne. Dobrze, że pan o to spytał.

Inną ciekawą rzeczą w związku z tym jest to, że dla większości ludzi biednych dziecko jest skarbem. Prawdą jest, że także w tej kwestii trzeba być roztropnym, ale dla nich dziecko jest skarbem. Niektórzy mogliby powiedzieć, że ‘Pan Bóg wie, jak im pomóc’i być może niektórzy z nich nie byliby roztropni, to prawda. Ojcostwo (ma być) odpowiedzialne, ale trzeba też dostrzec hojność tego ojca i matki, którzy widzą skarb w każdym dziecku”.

Słowa te zostały najpierw przez światowe media pocięte na kawałki i poprzekręcane, ów przekręt został nam następnie powtórzony przez PAP, na co natychmiast odezwał się prawicowy portal wpolityce.pl, wykrzykując „śmiać się czy płakać?”, a po nim na Twitterze oczywiście wystąpił czołowy katolik III RP Tomasz Terlikowski i zagrzmiał:

Jest mi zwyczajnie przykro, po tym, co usłyszałem od papieża Franciszka. Jeśli, jego zdaniem, jestem królikiem, a optymalną liczbą dzieci jest trójka, to może niech Franciszek wskaże, które z moich dzieci jest nieoptymalne, a może niepotrzebnych, i które uważa za mnożenie się jak króliki. Smutne jest, że z ust tego, który jest moim ojcem słyszę słowa zwyczajnie raniące i wpisujące się w logikę świata, a nie Ewangelii. W‘Ojcze nasz’ nie mówię:‘bądź wola Twoja, ale do trójki dzieci’, ale zwyczajnie ‘bądź wola Twoja’. Nie rozumiem słów papieża. I nie rozumiem, że można mówić o współuczestnictwie w stworzeniu jako o robieniu dzieci”.

Oto człowiek, który nie rozumie słów papieża, których ani nie zna, ani znać nawet nie potrzebuje, bo na tego akurat papieża ma już od dawna oko, i się tym bez cienia wstydu chwali publicznie. Oto gnuśność. Gnuśność jako grzech, wstyd i hańba.

Dziś już zostało wszystko wyjaśnione i kiedy można by się było spodziewać, że ci najlepsi z najlepszych powiedzą, co mają do powiedzenia, a następnie położą uszy po sobie i się choć raz w życiu zamkną choć na chwilę, w dalszym ciągu nas pouczają, pouczają i pouczają. Terlikowski zachęca papieża, żeby był może bardziej precyzyjny, bo on na przykład czasami jego słów zwyczajnie nie rozumie, dziennikarka portalu wpolityce.pl i tygodnika „W Sieci” Marzena Nykiel ostrzega nas, byśmy nie wierzyli lewicowym manipulatorom, natomiast sam szef tego interesu wspina się już na wyżyny hipokryzji i uderza w ton, który ma nam zamknąć rozum ostatecznie: „Sytuacja nie jest więc prosta – ani z perspektywy naszej, ani z lewicowego punktu widzenia. By ją rozeznać stawajmy jednak w prawdzie, a nie udawajmy, że odpowiednią interpretacją słów zmienimy ich sens, intencję i zamierzony skutek. Bo zaczyna to wyglądać jak obrona papieża przed… Franciszkiem”.

Jak czytelnicy tego bloga pewnie pamiętają, są chwile, kiedy moja bezradność wobec pewnego rodzaju hucpy zmusza mnie do tego, by już się tylko odwołać do Psalmisty. Dotychczas wspomniana bezradność napadała mnie wyłącznie kiedy pisałem o tamtych, stojących u wrót piekieł. Dziś zaczynam się obawiać, że powoli przychodzi czas na tych, co nam od rana do wieczora pukają do okien. Lepiej żeby on jednak nie nadszedł.