za:     https://marucha.wordpress.com/2015/07/14/samozaglada-zachodu/

To jedna z najważniejszych książek, jaka się ostatnio ukazała w Polsce. I choć, na razie, bezpośrednio nas nie dotyczy, nie znaczy to, żebyśmy nie mieli się niepokoić.

Paweł Lisicki, red. naczelny tygodnika „Do Rzeczy” opisuje samobójczą politykę Zachodu i Kościoła katolickiego w stosunku do islamu. Nie oszczędza nawet Jana Pawła II [Nawet? – admin]. Niestety, autor ma całkowitą rację. Zachód ochoczo kopie sobie grób. Oto jeden z fragmentów książki:

„Wezwanie [chrześcijan na Bliskim Wschodzie] do zaangażowania w budowę demokracji to wezwanie, żeby położyli głowy pod topór. No, może nie pod topór, ale pod nóż kuchenny czy pod lufę pistoletu. Jeśli chrześcijanie czegoś potrzebują, to nie demokracji, tylko stabilnej władzy, która będzie potrafiła kontrolować islamistów.

Nic dziwnego zresztą, że doskonale to zrozumiał inny duchowny, patriarcha Kościoła koptyjskiego Tawadros II, który pojawił się w telewizji wraz z generałem Abd al-Fattahem as-Sisim 3 lipca 2013 roku, kiedy to wojsko ogłosiło usunięcie ze stanowiska prezydenta Mursiego i wprowadzenie stanu wyjątkowego.

Dla bliskowschodnich chrześcijan rządy ludu oznaczają śmierć. To, że papież zachęca ich w oficjalnym piśmie do tego aktu zbiorowego samobójstwa, pokazuje jedynie, że obecna polityka Watykanu służy utopijnym prawom człowieka i wolności religijnej, a nie obronie wspólnot chrześcijańskich, lub raczej ich pozostałość na Bliskim Wschodzie.

Otóż inaczej niż papieże, którzy bronili chrześcijan przed muzułmańską agresją we wcześniejszych wiekach, ich współcześni następcy nie są w stanie dopuścić myśli, że ogół muzułmanów nie chce toczyć dialogu. Nie rozumieją, że ciągłe nawoływanie do dialogu uznawane jest za przejaw słabości i stanowi zachętę do tym bardziej zuchwałych i morderczych działań przeciw chrześcijanom. Tak samo nie rozumieją, że duże wspólnoty chrześcijańskie mogą się utrzymać w muzułmańskim otoczeniu tylko w systemie autorytarnym.

Tylko władza niezależna od mas muzułmańskie może zapewnić chrześcijanom przeżycie. Jakkolwiek by to strasznie brzmiało, trzeba powiedzieć wyraźnie, że to pod rządami takich satrapów i dyktatorów [satrapów? – admin], jak Hosni Mubarak, Saddam Husajn czy Baszar Al-Asad, chrześcijanie mogli być bezpieczni. W oczach fanatycznych tłumów są oni przecież reprezentantami znienawidzonego Zachodu, który podbija państwa islamskie. To tylko dhimmi, należy ich zatem upokarzać, prześladować, zniewalać i szykanować.

Od kiedy jednak papieże ogłosili, że znają Koran lepiej niż zwykli muzułmanie, i od kiedy z uporem utrzymują, że jest to księga pokoju i miłości, nie mogą już bronić wspólnot chrześcijańskich przed muzułmanami, bo… muzułmanie nie są groźni.

Dziś watykańska dyplomacja jest całkiem bezradna. Może apelować do sumień światowych przywódców, ale ci mają ważniejsze rzeczy na głowie niż los chrześcijan. Nawet słuszne i sensowne przestrogi papieża, kiedy to Jan Paweł II ostrzegał prezydenta USA przed atakiem na Irak, puszczane są mimo uszu.

Papież może zwracać się do samych muzułmanów, tyle że ci w ogóle nie chcą go słuchać. W dialogu z katolikami uczestniczą muzułmanie z Zachodu, którzy w ten sposób bronią interesów swych wspólnot.

To swoisty paradoks, że pierwszymi ofiarami islamistów często padali ci księża i zakonnicy, którzy byli największymi krytykami reżimów i zwolennikami rozmów z muzułmanami. Nie rozumieli, że atakując dyktatorów i broniąc praw ludu, podcinają gałąź, na której siedzą, bo władza, przeciw której występowali, była gwarantem życia ich wspólnot. Kiedy tylko została nadwyrężona lub obalona, stanęli oko w oko z ludem. Najczęściej spotkanie to kończyło się dla nich tragicznie. Albo ścinano im głowy, albo podrzynano gardła, albo po prostu rozstrzeliwano. Wielu z nich, co naprawdę tragiczne, stało się ofiarami utopizmu, który konsekwentnie głosili”.

Paweł Lisicki, „Dżihad i samozagłada Zachodu, Lublin 2015, ss. 378.
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2015)