za:     http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=15916&Itemid=63

F. Vahrenholt i S. Luning

 

Oceniano szanse na szybki powrót korzystnego, ciepłego klimatu lat trzydziestych XX wieku na “w najlepszym razie jeden do dziesięciu tysięcy”.

===================

Z książki ZIMNE SŁOŃCE. Dlaczego katastrofa klimatyczna nie nadchodzi. F. Vahrenholt i S. Luning, str. 228 inn.

wyd. Aletheia 2012  http://www.aletheia.com.pl

===============

W latach siedemdziesiątych XX wieku klimatolodzy mieli pierwszy duży występ na światowej scenie. Nawiasem mówiąc, nie pozostawili wówczas po sobie najlepszego wrażenia. Co się stało? Temperatury w latach 1910-1940 stale rosły (Do tego momentu teoria o efekcie cieplarnianym zdawała się dobrze działać. Jednakże od 1940 roku klimat zaczął się wyraźnie ochładzać i uparcie wzbraniał się przed wejściem ponownie w trend ocieplenia. Badacze byli zrozpaczeni. Dla­czego natura nie trzyma się ich modeli opracowywanych z takim wy­siłkiem? A natura w swej nadgorliwości postawiła jeszcze tu i tam wykrzyknik. Na przykład zima 1968/1969 roku przyniosła taką pokrywę lodową na północnym Atlantyku, jakiej nie było przez prawie 60 lat. Zimą 1972/1973 góry lodowe zawędrowały aż na wysokość Portugalii, a na kręgu polarnym odnotowano najniższe temperatury zimowe od 200 lat.

Burza śnieżna zrujnowała w sierpniu 1973 roku duże obszary upraw zbóż w zagłębiu pszenicznym Kanady. Jesienią tego samego roku wy­brzeże północnoniemieckie nawiedziła seria najgorszych powodzi od półwiecza. A w 1977 roku z kolei podczas ekstremalnie mroźnej zimy szczękały zębami Stany Zjednoczone 10 (patrz też rozdział 5).

Eksperci próbowali rozwiązać tę zagadkę i nie byli zgodni. Niektó­rzy naukowcy wykorzystali to ochłodzenie jako okazję do spekulacji o ewentualnym bliskim końcu epoki ocieplenia na nadchodzące stulecia czy tysiąclecia. Stałą naprzemienność epok lodowych i interglacjałów doskonale znali z badań; stanowiła ona najbardziej charakterystyczny element klimatyczny minionych dwóch milionów lat. W wielu wypad­kach interglacjalne okresy ocieplenia trwały tylko 10 000 lat – a prawie taki właśnie okres teraz upływa od ostatniej epoki lodowej. Żywiono jednak nadzieję, że emisje antropogenicznych gazów cieplarnianych pomogą w ucieczce przed zagrożeniem kolejną epoką lodową. Dłu­gie okresy trwania tych naturalnych zjawisk klimatycznych uspokajały z jednej strony, z drugiej zaś wiadomo było również, że w przeszłości w okresach przejściowych między ekstremalnymi zjawi­skami klimatycznymi dochodziło do gwałtownych spadków temperatu­ry. I tak na początku współczesnego okresu międzylodowcowego 11 000 lat temu nastąpiło krótkotrwałe gwałtowne ochłodzenie, tak zwany młodszy dryas. Na terenach okołobiegunowych półkuli północnej tem­peratura spadła w ciągu zaledwie kilku dekad o zatrważające 10oC .

Inni badacze sądzili, że nadciąga pewne zagrożenie o wiele mniej odległe w czasie i ostrzegali przed bliską fazą ochłodzenia analogiczną do małej epoki lodowej, która między XV a XIX wiekiem doprowadziła w Europie do znacznych strat w zbiorach, głodu i chorób. Choć global­na średnia temperatura spadła wówczas tylko o 1°C, już to wystarczyło, by wprawić w przerażenie mało jeszcze rozwinięte technicznie społeczeństwo. Inaczej jednak niż w średniowie­czu, kiedy to słabe Słońce wywołało spadek temperatur, tym razem ­zdaniem niektórych naukowców – winien temu ochłodzeniu miał być człowiek. Bez wątpienia w połowie XX wieku wskutek postępujące­go uprzemysłowienia doszło do znacznych emisji siarki, popiołu i in­nych cząstek, które mogły utworzyć chroniącą przed Słońcem zasłonę mgły.

Zaczęto również podejrzewać rozwijający się właśnie ruch samolotów odrzutowych o to, że sprzyja powstawaniu chmur na niebie. To oddziaływanie “zasłony chmur” otrzymało nawet chwytliwą nazwę: global dimming [globalne zaciemnienie]. Argumentowano, że global dimming więcej niż równoważy ocieplenie spowodowane przez CO2, tak że to właśnie mętne powietrze należy winić za okres ochłodzenia od lat czterdziestych do siedemdziesiątych XX wieku.

Do najżarliwiej ostrzegających przed okresem chłodu należał ame­rykański klimatolog i późniejszy autor IPCC Stephen Schneider. Dla czterokrotnego wzrostu aerozoli wyliczył w 1971 roku globalne ochło­dzenie o dramatyczne 3°C. W wypadku dalszego rozwoju tego trendu widział wręcz na horyzoncie zagrożenie totalną epoką lodową.

O ironio – Schneider był później także jednym z głównych bijących na alarm w kampanii globalnego ocieplenia. Krótko po tym zwrocie Schneider ostrzegał w 1979 roku w artykule na łamach “Palm Beach Post”, że lądolód na zachodniej Antarktydzie roztopi się jeszcze w XX wieku, a poziom mórz podniesie się o wiele metrów. W swoich wizjach przy­szłości zatopił już w powodziach miasta na amerykańskim wybrzeżu, co wywarło ogromny wpływ na opinię publiczną.

30 lat po tej prognozie Nowy Jork & Co. wciąż jeszcze znajdują się na suchym lądzie. Poziom mórz podniósł się od tamtej pory o dziesięć centymetrów, co stanowi wartość, z którą można sobie poradzić. Na szczęście również ta apoka­liptyczna prognoza ewidentnie się nie sprawdziła.

Inną prominentną osobą ostrzegającą przed ochłodzeniem w latach siedemdziesiątych był amerykański chemik i laureat Nagrody Nobla Li­nus Pauling. Obawiał się on, że ochłodzenie klimatu może skończyć się globalną katastrofą i stanowić najtrudniejszy do tej pory egzamin dla cywilizacji. Podobne refleksje miał amerykański Ad Hoc Panel on the Present Interglacial, który w 1974 roku prognozował mroźne czasy z rocznym przyrostem ochłodzenia wynoszącym 0.15°C do 2015 roku. Małe nadzieje miał też meteorolog ze Stanów Zjednoczonych James McQuigg. Oceniał on szanse na szybki powrót korzystnego, ciepłego klimatu lat trzydziestych XX wieku na “w najlepszym razie jeden do dziesięciu tysięcy”.

Co warte wzmianki – eksperci spodziewali się identycznych skut­ków, o jakich dzisiaj dyskutuje się w związku z aktualnym ociepleniem klimatu. Mielibyśmy nastawić się na więcej huraganów, susz, powodzi i klęsk głodu. Politycy, a wśród nich prezydenci USA John F. Kennedy, Richard Nixon i Gerald Ford, jak również sekretarz generalny partii ko­munistycznej w Związku Radzieckim Leonid Breżniew, zaczęli się bar­dzo martwić i uznali, że trzeba natychmiast działać. Dyskutowano, czy nie przegrodzić Cieśniny Beringa między Alaską a Rosją, by zatrzymać zimne arktyczne masy wody. Inna geoinżynieryjna propozycja z tamtych czasów dotyczyła polarnych czap lodowych. Rozważano przykrycie ich czarną folią w celu redukcji zdolności do odbijania promieni słonecz­nych (albedo). Chciano instalować na orbicie okołoziemskiej lustra jako dodatkowe słońca i wysadzać bombami atomowymi podwodne góry, by otworzyć wolną przestrzeń dla ciepłych prądów morskich. Innym pomysłem było znaczne rozkręcenie produkcji CO2 w celu zintensyfi­kowania efektu cieplarnianego.  ­

Znaleźli się jednak i tacy eksperci, którzy nadal ostrzegali przed ociepleniem. Inni z kolei byli rozdarci między tymi dwoma obozami. Włoski twórca współczesnej paleoceanografii Cesare Emiliani ostrzegał w 1972 roku przed ewentualnymi apokaliptycznymi zagrożeniami z obu stron: “Działalność człowieka albo doprowadzi do nowej epoki lodowej, albo do kompletnego roztopienia się polarnych czap lodowych”. Kto potem jeszcze był w stanie spać spokojnie, temu nic już nie pomoże.

Dzisiaj – uważamy – jesteśmy trochę sprytniejsi. Jak obecnie wiemy, pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku fazę ochłodzenia zastąpiła faza ocieplenia (patrz rozdział 4 i 5). Eksperci okazali się elastyczni, schowali swoje ostrzeżenia przed zimnem do szuflady i całkowicie po­stawili na wariant z ostrzeżeniami przed ciepłem. Niełatwo być osobą prognozującą klimat. Ale już po dwóch dekadach na horyzoncie znów pojawiły się kłopoty. Powód: od 2000 roku Ziemia po prostu nie chce się nadal ocieplać. Od tego momentu temperatury oscylują wokół sta­bilnej wartości średniej. Nawet Joachim Schellnhuber musiał przyznać w 2009 roku: “Jest po prostu faktem, że globalna temperatura średnia ustabilizowała się na wysokim stałym poziomie średnim“.

Gdyby w nadchodzących latach miało dojść do ochłodzenia, deja-vu byłoby perfekcyjne. Ogólnie bowiem biorąc, okresu ochłodzenia lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku nie spowodował czło­wiek, ale okres ten zaczął się już w 1940 roku wskutek zniżkowej fazy sześćdziesięcioletniego cyklu PDO (patrz rozdział 4). Sześćdziesiąt lat później cykl się zakończył i teraz znów jesteśmy na początku tego pro­cesu. Dlatego zaskoczenie, że ocieplenie w ostatniej dekadzie zatrzyma­ło się, ma granice.

Czy wszystko już kiedyś było?