za:  http://coryllus.pl/?p=3537

MaciejewskiCorylus

Wszyscy się orientują mniej więcej jaki jest mój stosunek do ludzi deklarujących głośno i otwarcie, w przytomności licznych świadków, szczerą miłość ojczyzny, przywiązanie do Kościoła, dla takich co mówią o pobożności swoich rodziców i dziadków oraz o głębokiej patriotycznej tradycji. Uważam ich za naciągaczy, ale to w najlepszym razie, bo często są to zwyczajni oszuści.

Nie są to jak wiemy tylko moje niepokoje, choć wszyscy też zdajemy sobie sprawę, jak trudno jest uciszyć taką osobę i jak trudno jest jej zwrócić uwagę, że może jednak troszkę przesadza. Wynika to moim zdaniem wprost z faktu zdziczenia ludzi uważających się dziś w Polsce za elitę oraz z tego, że mają oni w najgłębszej pogardzie osoby, do których kierują te swoje komunikaty.

Nie tak dawno mieliśmy tutaj przykład takiego zachowania, wręcz modelowego, o który o mało nie pokłóciliśmy się z Toyahem. Opisał nasz kolega dnia pewnego swoją nową fascynację, (którą to już z rzędu po Migalskim?) czyli niejakiego Tarczyńskiego Dominika. Tekst był krótki, treściwy i przedstawiał posła PiS i szefa ośrodka telewizyjnego w Kielcach w świetle korzystnym, a to z tego względu, że jest on bardzo aktywny na twitterze i składa tam różne deklaracje. Między innymi podał swój numer telefonu, pod który każdy kto chce może dzwonić i zgłaszać mu różne propozycje, albo tylko pogadać jeśli czuje, że ma coś do powiedzenia.

Kiedy przeczytałem ten tekst i obejrzałem posła Tarczyńskiego, a także film w którym widać jak spotyka się on z najważniejszym, rzymskim egzorcystą, pomyślałem, że to wszystko nie może być prawda. Próbowałem też wyjaśnić istotę moich wątpliwości Toyahowi, ale on stwierdził, że ktoś przecież musi być uczciwy, nie możemy się tak bez sensu wszystkich czepiać. Oczywiście, że ktoś musi być uczciwy, świat jest pełen uczciwych ludzi, ale oni zazwyczaj nie lansują się przy pomocy egzorcystów, powszechnie szanowanych księży i biskupów, ani polityków godnych zaufania, ale robią co mogą we własnym zakresie. I z całą pewnością nie ujawniają swojego numeru telefonu na twitterze. Na blogu Toyaha doszło do niewielkiej sprzeczki, jakiejś wymiany opinii, i wszyscy pozostali przy swoim zdaniu. Ja byłem przekonany o dramatycznej nieszczerości posła Tarczyńskiego, a Toyah o jego uczciwości. I to mnie w naszym koledze nieustająco zdumiewa. Wszyscy widzimy jak to działa. Od czasu do czasu pojawia się w PiS jakaś gwiazda i od razu widać, że człowiek ten został wyznaczony na swoje stanowisko decyzją nieprzemyślaną, podyktowaną pozorami, które on świetnie potrafi stwarzać. Mam tu na myśli choćby Migalskiego, który zniknął nawet z łam „Do rzeczy” i nie drukuje tam już swojej pornograficznej powieści. Można oczywiście długo zastanawiać się dlaczego ćwiczymy ciągle ten sam katastrofalny wariant, ale ja teraz nie chcę tego robić. Pozostanę jedynie przy omówieniu struktury decyzyjnej w PiS, ale to za chwilę. Toyah wybiera sobie co jakiś czas jakiegoś „uczciwego” posła i inwestuje weń – bez sensu z mojego punktu widzenia – swoje emocje. Okay, wolno mu, bo też i za każdym razem kiedy rzecz zostanie zdemaskowana on potrafi przyznać się do pomyłki. Zadzwonił tu wczoraj i opowiedział mi następującą historię. On się nadal z tym Tarczyńskim znosił na twitterze i nadal pompował jego ego. Podobnie jak inni wierzący w szczery patriotyzm posłów PiS i w szczerą ich miłość do Kościoła Matki Naszej. Rozmowy zeszły wkrótce na książki i muzykę, no i nasz kolega zaproponował Dominikowi Tarczyńskiemu, że prześle mu egzemplarz książki o zespołach z dedykacją. I przesłał. W nadziei oczywiście, że tamten się tym zainteresuje i może napisze kilka słów na twitterze czy gdzieś o tej, ciekawej przecież, publikacji. Po jakimś czasie Toyah zapytał Tarczyńskiego, czy książka doszła. Ten zaś odpowiedział, że owszem doszła i jest bardzo ciekawa. Ludzie z twittera ucieszyli się, że taka ważna osobistość jak poseł PiS i do tego kierownik ośrodka telewizyjnego czy też były kierownik, zainteresował się książką jakiegoś tam blogera i zaczęli Tarczyńskiemu doradzać co ma z tej książki o zespołach przeczytać najpierw. Było ponoć miło, ale ja znam to tylko z opowieści, bo jak wiecie nie uczestniczę w tego rodzaju sabatach. Toyah też był zadowolony, ale oto okazało się, że wczoraj książka o zespołach wróciła do naszego kolegi nierozpakowana. Toyah zaś musiał zapłacić za zwrot. Oczywiście od razu napisał Tarczyńskiemu na twitterze, że książka wróciła, a ten ponoć rzekł – Jak to?! I zdziwił się wielce. Jak się domyślacie, nasz kolega od razu został oskarżony przez akolitów pana posła o to, że nie dość gorąco kocha ojczyznę, że prowadzi robotę rozbijacką i nie szanuje czasu lepszych od siebie. No dobra, trochę podkręciłem te emocje, ale tylko trochę, przyjdzie toyah to wrzuci linki do całego tego zamieszania i sami się przekonacie.

Chodzi o to, że nie można zarzucić posłowi kłamstwa nawet oczywistego, boć przecież on chce dobrze i walczy całą mocą o szczęście naszej udręczonej ojczyzny. Jak to czyni?

Ano tak, że ogłasza na przykład dnia jednego iżby się do kina albo do restauracji wybrał, ale nie sam. Na pytanie czy pan poseł jest do wzięcia, odpowiada, że owszem. Po czym twitterowicze mogą następnego dnia przeczytać wpis jakiejś koleżanki, która składa posłu naszemu wyrazy wdzięczności za uroczy wieczór. Okay, powie ktoś, zazdrościsz chłopu powodzenia coryllus, lepiej się zamknij. Mowy nie ma. Ja cały czas mam w pamięci Migalskiego, jego gawędę o majtkach kupowanych w sklepie z ekskluzywną bielizną i konsekwencje jego wszystkich zachowań. I mam przeczucie, graniczące z pewnością, że w tym przypadku będzie dużo gorzej. Zaczęło się bowiem od egzorcysty, a dziś jesteśmy na etapie, który Wojciech Młynarski pięknie opisał w piosence, gdzie powtarzają się słowa „pucio, pucio”. I to nie koniec, bo liczba zgromadzonych wokół posła Tarczyńskiego szczerych patriotów miłujących ojczyznę i tradycję katolicką wzrasta z dnia na dzień.

Toyah w odpowiedzi na najszczersze zdziwienie posła Tarczyńskiego, odpowiedział mu, że w brytyjskiej edycji programu „Mam talent” jest mnóstwo magików, którzy potrafią mieć w ręku książkę, a jednocześnie jej nie mieć. Nie dziwi się więc on postawie posła. I na tym się skończyło. No, ale ja się dziwię tej postawie i daję temu wyraz. Myślę, że dla naszego wspólnego dobra.

Ktoś mi może zarzucić, że odbieram ludziom nadzieję, a w dodatku czynię to notorycznie, uporczywie i wbrew wszystkim okolicznościom. Tak właśnie, taka jest moja misja i uważam to za sport wyczynowy, w którym mam pewne osiągnięcia. Ponieważ jednak – będę to powtarzał do znudzenia – interesuje mnie sukces, nie mam czasu, podobnie jak nikt z nas go nie ma, na dziobanie plew. Jeśli ptaszki z twittera zamierzają to czynić proszę bardzo, ale niech to robią poza zasięgiem naszego wzroku i nie wchodzą w drogę naszym ludziom. Czego tutaj najwyraźniej nie dopatrzono. Mam nadzieję, że komunikat jest zrozumiały i dekoracje wśród których występuje poseł Tarczyński zostaną zmienione niepostrzeżenie na jakieś bardziej wiarygodne. I to w niedługim czasie, bo strach pomyśleć co będzie jak to wszystko dojdzie do uszu prezesa.