z:   http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/8587-tylko-u-nas-grzegorz-braun-pozazdroscic-peszmergom

Grzegorz Braun

Tylko u nas! Grzegorz Braun: Pozazdrościć Peszmergom!

A więc stało się – amerykańsko-rosyjska kooperacja w Syrii została wreszcie publicznie zadeklarowana. Piszę „wreszcie”, bo przecież od samego początku oczywiste było, że militarny angaż Moskwy na tym teatrze wojennym nie mógłby rozpocząć się bez przynajmniej „nihil obstat” ze strony Waszyngtonu. Teraz Ławrow z Kerrym już bez przewlekłego owijania w bawełnę ogłosili porozumienie w tej sprawie – dość skwapliwie uznane przez Damaszek. Skutkiem ma być zawieszenie broni na froncie „wojny domowej” (tj. wojny toczonej z wojskami rządowymi przez „demokratyczną opozycję” podpuszczaną z zewnątrz) i skierowanie wszystkich sił przeciw rezunom islamskim (ISIS).

Do realizacji tego ostatniego celu oba imperia powołać mają wspólne „centrum koordynacji działań”, które ma być czynne ledwie tydzień po wstrzymaniu akcji bojowej. Rozumie się, że takich rzeczy nie ogłasza się na konferencjach prasowych, jeśli cała logistyka nie jest już wcześniej dogadana i wstępnie przygotowana – ba, może nawet już dawno została puszczona w ruch. A warto przypomnieć, że już jesienią 2015 r., niedługo po pierwszych uderzeniach rosyjskich rakiet w cele na terenie Syrii, izraelskie służby potwierdzały uzgadnianie ruchów w syryjskiej przestrzeni powietrznej przez służby Rosji i Izraela – co w praktyce musiało oznaczać współpracę operacyjną Amanu i GRU.

A zatem już wówczas jasne było, że rzeczywistego układu sił i relacji między Wschodem i Zachodem nie da się w tym przypadku wpisać w propagandowe schematy typu: „wraży Putin kontra reszta galaktyki” – dominujące u nas w środkach masowej dezinformacji. Tej linii propagandowej nie korygowano nawet w obliczu kolejnych, w sposób oczywisty kompromitujących ją faktów – w rodzaju monachijskiej wypowiedzi premiera Miedwiediewa, który już w lutym tego roku mówił o wspólnym z Amerykanami działaniu „na rzecz pokoju” na Bliskim Wschodzie. Pół roku nie minęło i oto na linii Waszyngton–Moskwa doszło do kolejnego „resetu”, a tymczasem w Warszawie niektórzy wciąż jeszcze nie ochłonęli z entuzjazmu manewrów „Anakonda” i euforii szczytu NATO. Żadna chyba gazeta na polskim rynku nie raczyła informować o tak konkretnych i wymownych symptomach dogadywania się mocarzy ponad naszymi głowami, jak nadzwyczajna intensywność osobistych kontaktów na linii Moskwa–Waszyngton, a przecież od początku tego roku samych tylko rozmów telefonicznych Ławrowa z Kerrym było kilkadziesiąt (sic!).

Podobnie kiedy premier Netanjahu po raz czwarty w tym roku spotykał się z prezydentem Putinem, a ten ostatni mówił o „strategicznym partnerstwie” Rosji i Izraela w walce z terroryzmem – nie pasowało to do praktykowanej na naszym odcinku eskalacji wojennej, więc najłatwiej było takie fakty po prostu konsekwentnie pomijać. A kto ośmielał się zwracać na nie uwagę, ten na fali „wzmacniania wschodniej flanki NATO” obowiązkowo musiał zostać ogłoszony „ruskim agentem”. Sztandarowe media III i IV RP, w teorii walczące ze sobą na śmierć i życie, w tej sprawie utrzymywały wspólny front – zgodnie ignorując wszelkie zwiastuny zmieniającej się właśnie „mądrości etapu”. Ciekawe, jak teraz agitatorzy prasy „gadzinowej”, od „Gazety Wyborczej” do „Gazety Polskiej”, wytłumaczą swoim skołowanym odbiorcom znaczenie paktu Kerry–Ławrow. A jeszcze ciekawsze, jak prędko działanie tego paktu, z wszelkimi tajnymi klauzulami, zaczniemy odczuwać na własnej skórze. Bo wszak Bliski Wschód i Europa Środkowa stanowią dziś w geopolityce układ naczyń połączonych: co imperialiści obiecają sobie i zagwarantują tam, nad Eufratem i Jordanem, to najłatwiej wypłacą i z nawiązką odbiorą w naturze tu, nad Dnieprem i Bugiem.

Oczywiste, że uzgodniony na Kremlu i w Białym Domu dyktat w kwestii syryjskiej będzie miał wielu przeciwników – malkontentów, których nie uwzględniono we wstępnym podziale łupów (czyli np. parytecie agentury w przyszłym rządzie w Damaszku). Będzie więc sporo chętnych, by wywrócić ten stolik rokowań – np. Turcja, która przecież niejeden raz pokazała, że nie zamierza spokojnie przypatrywać się „procesowi pokojowemu”, który miałby ograniczać jej własne aspiracje. A należy do nich przecież reaktywacja regionalnego imperium osmańskiego – Turcy chcieliby zaliczyć dziejowy come-back – jakieś „Wspaniałe stulecie 2”. Ale i na to imperialiści z większym potencjałem znajdą kontrkoncepcję i wcale nie zwlekają z jej wdrożeniem. Wiadomo bowiem doskonale, że Turkom nic tak nie psuje nastroju, jak widmo suwerenności państwowej Kurdów. I oto zanim jeszcze Kerry z Ławrowem ogłosili syryjski „dil”, w pierwszych dniach września do kurdyjskiego Irbilu przybyła pani Elissa Slotkin, pełniąca obowiązki specasystenta sekretarza obrony USA ds. bezpieczeństwa międzynarodowego, by przekazać ponad 22,2 mln dolarów na żołd dla peszmergów. Ta egzotyczna nazwa oznacza podobno po kurdyjsku „tych, którzy śmierci patrzą w oczy” – tj. po prostu wojsko Kurdystanu, który wprawdzie formalnie stanowi wciąż prowincję Iraku, ale w praktyce, jak widać na załączonym obrazku, władza Bagdadu tam nie sięga. Tak to Amerykanie zawczasu dowartościowują Kurdów, aby mieć czym dyscyplinować ekipę prezydenta Erdoğana.

Tak się bowiem załatwia sprawy: agentom, kondotierom, wojskom zaciężnym trzeba zapłacić – wszędzie, tylko nie u nas. U nas bowiem obowiązuje niemal oficjalnie „doktryna Sakiewicza”, który wszak już ponad dwa lata temu oznajmił z dającym się odczuć obłędnym samozadowoleniem: „Amerykanie w wielu krajach mają aliantów kierujących się dobrem swoich narodów”, podczas gdy „swoich aliantów Berlin i Moskwa muszą sowicie opłacać” (patrz: „Gazeta Polska” z lipca 2014). Z logicznego rozbioru tych zdań wynika, że Sakiewicz poczytuje za cnotę zaangażowanie agenturalne, pardon, alianckie na rzecz USA bez żadnego „sowitego wynagrodzenia”, czyli po prostu za frajer? Wygląda na to, że więcej jest w Warszawie wyznawców tej koncepcji i temu zawdzięczamy fakt, że nikt się jakoś do nas nie fatyguje z ofertą, już nie mówię „sowitej”, ale w ogóle jakiejkolwiek zapłaty za nasze sojusznicze zaangażowanie. Innym udaje się jakoś urealniać współpracę z Waszyngtonem, ale dla nas to nie honor. Pomińmy przykłady tak spektakularne jak Izrael, którego egzystencję zapewniają stałe dotacje z USA, czy wspomniana Turcja, która w swoim czasie za udostępnienie swych baz na kolejne wojny w zatoce i inne tamtejsze „misje pokojowe” kasowała Waszyngton słono i z góry. Ale przecież nas nawet nie było na liście Victorii Nuland, która w czerwcu wymieniła Ukrainę, Gruzję, Mołdawię i Zachodnie Bałkany jako „partnerów”, w których USA zamierzają zainwestować też niebłahą sumkę 787 mln dolarów. A i te 22,2 mln, które teraz Elissa Slotkin zawiozła peszmergom – też piechotą nie chodzi.

A my? Nam najwyraźniej wystarczyć ma poklepywanie po ramieniu, do którego towarzysze amerykańscy mają specjalistów od bajerowania, w rodzaju George’a Friedmana, który przynajmniej raz na pół roku wieszczy wielką potęgę Polski w niezłomnym sojuszu z USA, pod warunkiem że sami za ten obiad składkowy słono zapłacimy. Przypomnijmy, że kiedy w lutym tego roku na odprawie ministrów obrony Paktu Północnoatlantyckiego w Brukseli sekretarz obrony USA Ashton Carter tryumfalnie oznajmił, że prezydent Obama daje 3,4 mld „na wzmocnienie wschodniej flanki”, a minister Macierewicz grzecznie zapytał, ile z tego konkretnie na Polskę, wówczas sekretarz Carter miał powiedzieć (wedle relacji samego Macierewicza): „To rzecz do dyskusji, o której będziemy jeszcze rozmawiali” (sic!). Czy ktoś z naszej strony w ogóle usiłował do tej „dyskusji” wracać? Czas najwyższy, bo zaraz się okaże, do jak niskiego parteru sprowadzają nas ustalenia paktu Kerry–Ławrow, a cały nasz żałosny serwilizm nie został jak dotąd skwitowany nawet na poziomie peszmergów.