z:   http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/9999-informacyjny-zamach-stanu-potrzebna-jest-repolonizacja-mediow-i-ich-infrastruktury

 Dr Rafał Brzeski

fot: Sejm.gov fot: Sejm.gov


Istnieją takie pojęcia jak informacyjna suwerenność państwa oraz informacyjne bezpieczeństwo państwa. Wydarzenia ostatnich dni w Polsce obnażyły ich brak. Nie mamy ani informacyjnej suwerenności, ani bezpieczeństwa. Okazuje się, że to zagraniczna firma decyduje, co i kiedy Polacy mają oglądać w publicznej telewizji, na którą płacą daninę zwaną abonamentem. W rękach zagranicznego kapitału, głównie niemieckiego, znajduje się ponad 90 proc. mediów drukowanych, wiele rozgłośni radiowych oraz szereg portali internetowych, w tym Onet.pl oraz Interia.pl.

Kto ma ochotę przekonać się o stopniu opanowania polskich mediów przez zagraniczny kapitał, może „wyguglować” takie hasła jak: Verlagsgruppe Passau, Grupa Polska Press, Ringier Axel Springer Polska, Hubert Burda Media Holding czy Heirich Bauer Verlag. Dowie się wówczas, że to obcy decydują, co Polacy oglądają, słuchają i czytają.

Jeśli mimo to ktoś jeszcze powątpiewa w konieczność pilnej repolonizacji mediów i ich infrastruktury, to na przykładzie kłopotów z odbiorem sygnału TVP na terenie całego kraju może się przekonać, że jest ona niezbędna. Operator naziemnej infrastruktury firma EmiTel Sp. z o.o. (właścicielem jest amerykański fundusz Alinda Capital Partners, a nadzoruje ją biuro Alinda Capital w Duesseldorfie) zakłócenia lub braki sygnału telewizyjnego określała jako „krótkie, kilkuminutowe”. Te „krótkie” zakłócenie trwały według komunikatu EmiTela trzy dni. Spółka tłumaczyła je „błędami synchronizacji”. Nie była to więc awaria spowodowana nieprzewidywalnym zepsuciem się urządzeń lub zrządzeniem siły wyższej, np. uderzeniem pioruna, lecz „błędy”, czyli działania ludzi. Jeżeli były to działania ludzi, to niepokoi moment tych działań, tuż przed lub w trakcie wystąpienia premier Beaty Szydło, w dniu dużego napięcia politycznego w kraju. Wielu telewidzów alarmowało TVP, że brak sygnału lub zakłócenia uniemożliwiające odbiór treści nie były „krótkie”, ale długotrwałe i powtarzały się przed lub w trakcie nadawania programów informacyjnych. Rodzą się więc pytania, czy wspomniane „błędy” były skutkiem braku profesjonalizmu, czy świadomego działania dywersyjnego. W obu przypadkach obowiązkiem TVP jest rozejrzeć się za bardziej profesjonalnym dostawcą usług, a jeszcze lepiej odzyskać suwerenność i samodzielnie rozpowszechniać własny sygnał.

Niejako ubocznie okazało się, że EmiTel odpowiada również za utrzymywanie łączności alarmowej i bezpieczeństwa w obszarach odpowiedzialności polskiej administracji morskiej na Bałtyku. Od nieprzerwanego i poprawnego funkcjonowania tej łączności zależy bezpieczeństwo statków i ich załóg. Jak się okazuje, w tej sferze też oddaliśmy bezpieczeństwo w cudze ręce, pozostawiając sobie odpowiedzialność wobec innych.

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie co zakłócenia w sygnale TVP, awarii uległy dwa systemy informatyczne Polskiej Agencji Prasowej, główny i zapasowy. W konsekwencji PAP przez godzinę nie mogła nadawać depesz do swojego serwisu wiadomości.

Informacyjne „przerwy w dostawie” pojawiły się w napiętej sytuacji, kiedy rzecznicy „totalnej opozycji” wywołali „zadymę” w Sejmie i poza Sejmem, paraliżując na pewien czas funkcjonowanie niższej izby parlamentu. Działania te obliczone były na wywołanie wrażenia, że Polska pogrążona jest w chaosie, a spanikowany rząd odwołuje się do przemocy, byle tylko nie ustąpić w obliczu masowych protestów społeczeństwa. Nie chodziło o fakty i rzeczywistość, chodziło o emocje i wrażenie. Była to próba informacyjnego zamachu stanu.

Za taką oceną przemawia wiele czynników, od wcześniejszego zamówienia 1000 kanapek dla uczestników spontanicznego ponoć protestu posłów „zjednoczonej opozycji”, po tak zwaną „Małą instrukcję” warszawskiego Majdanu, rozpowszechnianą przez Michała Broniatowskiego, redaktora naczelnego miesięcznika „Forbes”, wydawanego przez wspomnianą wyżej spółkę Ringier Axel Springer Polska. Jak można przeczytać w książkach Czerwone dynastie oraz Resortowe dzieci. Media, kolporter instrukcji wyrósł w środowisku, w którym prowokacje, inspirowanie manifestacji i opracowywanie scenariuszy dobrze wspartych logistycznie „spontanicznych” zamieszek były chlebem powszednim.

„Mała instrukcja” to ciekawy dokument, wart analizy, bowiem nie został przygotowany przez amatora, lecz przez profesjonalistę, znającego się na teorii prowokacji i modelach zamachów stanu, tyle że nieco archaicznych. Jej tekst wskazuje, że był inspirowany lub został opracowany przez człowieka z aparatu władzy PRL-u lub post-PRL-u. Zdradzają to dwa elementy. Założenie, że „władza bezmyślnie i krwawo atakuje” oraz wytyczna unikania prowokacji. Oba te elementy są obce mentalności rządzących obecnie Polską, ale były typowe dla rządzących w latach 1944–1989 i z przerwami później.

W tekście zawarte są też fragmenty, które można odczytać jako adresowane do sponsorów zewnętrznych. Jest to podkreślenie konieczności zorganizowania funduszy oraz wabik w postaci irracjonalnej wizji zmobilizowania w ciągu 24 godzin „miliona ludzi demonstrujących na placu”. Wizja megademonstracji może oddziaływać tylko na kogoś z zewnątrz, bowiem w Polsce nawet przedszkolaki wiedzą, że „totalna opozycja” nie jest w stanie zebrać miliona ludzi nawet przy pomocy liczydeł z warszawskiego Ratusza.

Czego jednak nie ma w rzeczywistości, można nadrabiać manipulacją. Zwłaszcza w mediach niemieckich, gdzie od miesięcy budowana jest narracja oparta na tezie, że w Warszawie rządzi dyktator, przeciwko któremu jednoczy się masowo cała postępowa i tolerancyjna Polska. Dobitnym przykładem manipulacji był portal publicznego radia Deutschlandfunk, na którym wiadomość o antyrządowej demonstracji KOD-u w Warszawie zilustrowano zdjęciem z prorządowej manifestacji Klubów „Gazety Polskiej”. Demonstracja KOD-u nie była fotogeniczna. Emeryci, bezwład, brak entuzjazmu, twarze wykrzywione nienawiścią. Takim obrazem nie można było opatrzyć tekstu zwiastującego „początek końca rządu w Polsce” oraz zapewniającego, że w Polsce policja musi gazem łzawiącym i siłą chronić rządzących przed protestującym narodem, a taką narrację rozpowszechniają Deutsche Welle i Deutschlandfunk, czyli rozgłośnie publiczne będące radiową „twarzą” niemieckiej elity władzy. Materiały Deutsche Welle publikowane są przy tym na polskich portalach internetowych. Podpisywane inicjałami „dw”, prezentują polskiemu odbiorcy kreowany w Berlinie obraz własnego kraju.

W walce informacyjnej liczy się nie tyle podawanie faktów i odwoływanie się do logicznych argumentów, co tworzenie wrażenia i wywoływanie emocji przy użyciu zaprzyjaźnionych mediów. Marzeniem prowadzącego taką walkę jest odcięcie od odbiorców tych mediów, które mogłyby zdezawuować manipulację i odsłonić fałsz kolportowanej narracji.

Tekst ukazał się na łamach tygodnika Warszawska Gazeta! Nowy numer już w kioskach!