[ Tu jest mowa o tylko jednym aspekcie pobytu w dowolnym kraju obcych wojsk.   J.B. ]

Grzegorz Braun

Tylko u nas! Grzegorz Braun: SOJUSZNICZA MISJA KOWALENKICzy warszawskie władze, żoliborscy ministrowie i belwederski prezydent orientują się, ba, czy w ogóle próbują się zorientować, kogo właściwie w ramach „wzmacniania wschodniej flanki NATO” delegują do nas transatlantyccy sojusznicy? Wygląda na to, że w ramach absurdalnej gościnności wobec wszystkich, których anglosaskie służby i sztaby uznają za stosowne nam podesłać, przyjmujemy jak leci – bez żadnej możliwości ani najmniejszej woli poddania ich polskim procedurom sprawdzającym. Owszem, w interpersonalnych kontaktach wszelakiej natury warto być otwartym – byle nie na przestrzał.

Przybywają do Polski w grupach liczących setki, razem tysiące już – w większości młodzi, dobrze odżywieni, zorganizowani i umundurowani mężczyźni. Pozostają poza jurysdykcją państwa polskiego – co z całą ostentacją wychodzi na jaw, kiedy np. na polskich drogach bezkarnie popełniają kolejne wykroczenia, ba, nawet przestępstwa (zdarzyły się już wszak wypadki ze skutkiem śmiertelnym). [dropshadowbox align=”none” effect=”raised” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”2″ border_color=”#161212″ rounded_corners=”false” ]W odróżnieniu od lojalnych obywateli polskich – im akurat nikt nie każe ubiegać się o zezwolenie na noszenie broni palnej. Choć nie składali przysiąg na wierność polskiemu państwu, narodowi i racji stanu – dysponują szerokim wachlarzem materiałów, środków i sprzętów łączności, przenoszenia i niszczenia, o których użyciu – tylko to jedno wiemy na pewno – NIE będą decydowały polskie sztaby ani przywódcy państwowi.[/dropshadowbox]

Czy chodzi o uchodźców-nachodźców z Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej? Nie – chodzi o kolejne pododdziały wojsk amerykańskich, brytyjskich, a także niemieckich, rumuńskich i innych, które poruszają się i stacjonują na polskim terytorium. Jakże można zestawiać jedno z drugim – oburzy się może jakiś patriota, któremu wmówiono, że najlepszym i absolutnie koniecznym działaniem na rzecz bezpieczeństwa państwa jest sprowadzanie na nasze terytorium wojsk obcych? A wszakże w wypadku przybyszów ze Wschodu i Południa nikt przytomny nie będzie negował potrzeby nadzoru władz i kontroli operacyjnej służb. Nikt nie zaneguje oczywistej potrzeby prowadzenia przynajmniej ścisłej ewidencji personalnej przekraczających nasze granice gości. Na jakiej podstawie zakłada się więc niejako a priori, że w wypadku funkcjonariuszy i żołnierzy NATO mają nam wystarczyć ich własne procedury sprawdzające?

Do ich użytku oddaliśmy już szereg baz – de facto eksterytorialnych. Bo przecież trudno podejrzewać, by w Rzeczypospolitej Trzeciej i Pół, w ramach dobrej zmiany, znalazł się choć jeden taki policjant, prokurator, urzędnik celny czy podatkowy, który odważyłby się zastukać do bramy którejkolwiek z tych jednostek. A gdyby nawet zastukał – to przecież i tak mu nie otworzą. I komu się wówczas poskarży? Prezydentowi, który najwyraźniej sam serio traktuje swój frazes o „Rzeczypospolitej przyjaciół”? Ministrowi obrony, chyba autentycznie egzaltującemu się kolejnymi przemówieniami – w których daje wyraz obłędnej satysfakcji, że dzięki obecności sojuszników może śmielej ekspediować polskich żołnierzy na misje zagraniczne? Ministrowi spraw zagranicznych, który na wezwanie z Waszyngtonu chętnie wychodzi przed szereg i z góry deklaruje możliwość bojowego zaangażowania Polaków w wojnę z rezunami islamskimi?

Czy którakolwiek z trzyliterowych firm (SKW, SWW, ABW, CBA itp.) ośmieliła się założyć jakąkolwiek sprawę operacyjnego sprawdzenia, którego obiektem byliby nasi zachodni patroni? Dwie okoliczności mogą to poważnie utrudniać, jeśli nie uniemożliwiać – z jednej strony urzędowy entuzjazm najwyższych przełożonych może co najmniej onieśmielać większość podwładnych, z drugiej zaś[dropshadowbox align=”none” effect=”raised” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”2″ border_color=”#161212″ rounded_corners=”false” ] brak podstaw do podjęcia działań kontrwywiadowczych wynika ze stanu prawnego, który wszak zawczasu zalegalizował ten stan okupacji na własne życzenie. Patrz: pozostająca wciąż w mocy ustawa 1066 i znowelizowana ustawa o zasadach funkcjonowania wojsk obcych na terenie RP – oba te w swej istocie zdradzieckie akty zaprojektowano wszak jeszcze za poprzednich rządów „obozu zdrady narodowej”, ale rządy „obozu patriotycznego” z dobrodziejstwem inwentarza włączyły je do swego instrumentarium politycznego. [/dropshadowbox]Gdzież więc w takich okolicznościach znajdzie się w bezpiece czy w armii taki chojrak, co ośmieli się wnioskować o zgodę na roztoczenie kontroli operacyjnej nad jakimś funkcjonariuszem czy żołnierzem, których panowie ministrowie, premierzy i prezydenci tak wylewnie witają?

Na wszelki wypadek – bo przecież nie powątpiewam, że mimo nawały propagandowej i partyjnej selekcji kadr nie brak w strukturach państwowych szczerych, choć coraz poważniej sfrustrowanych i zdezorientowanych państwowców – podrzucam więc jeden przykład, którego amatorskie „rozpracowanie” w ramach skromnych możliwości „białego wywiadu” stanowczo warto by profesjonalnie pogłębić. Casus: niejaki Kowalenko, który w ostatnich dniach przybył do Polski jako podoficer armii amerykańskiej, by wziąć udział w spektaklu radosnego powitania przez ludność tubylczą we Wrocławiu. Jak dowiadujemy się z publikacji na jednej z oficjalnych stron propagandowych licencjonowanych przez armię amerykańską (zamieszczane tam serwisy fotograficzne są sygnowane przez etatowych fotografów US Army mających stopnie i przydziały wojskowe) – pogoda i nastroje dopisały: „Wprost nie mogli się doczekać, kiedy będą mogli z bliska obejrzeć nasz sprzęt – relacjonuje specjalista armii amerykańskiej Taras Kovalenko, strzelec 2. szwadronu 2. regimentu kawalerii (zmechanizowanej). – Każdy chciał sobie z nami zrobić z nami zdjęcie”.

Niestety, akurat żadne ze zdjęć ilustrujących ten materiał nie jest podpisane na tyle szczegółowo, by na ich podstawie można było bez pudła zidentyfikować owego Kowalenkę. Pobieżna kwerenda internetowa ujawnia jednak szereg interesujących tropów. Na Facebooku znajdujemy 16 (szesnastu) osobników o tym samym imieniu i nazwisku, ale żaden z nich nie przedstawia się jako amerykański żołnierz – zresztą ani imię, ani nazwisko nie zaliczają się do rzadkich wśród Ukraińców. Takie nazwisko nosi przynajmniej jeden pułkownik armii naszego wschodniego sąsiada i co najmniej jeden doradca tamtejszego Ministerstwa Informacji – których ewentualne pokrewieństwo z „naszym” Kowalenką pozostaje do ustalenia bardziej zaawansowanymi narzędziami wywiadowczymi niż zwykła wyszukiwarka. Niżej podpisanemu udało się wyguglować tylko jednego Tarasa Kovalenkę w amerykańskim mundurze – na oficjalnych stronach 3. regimentu piechoty (celowo nie szukam polskich odpowiedników nomenklaturowych). Jest to specyficzna jednostka, która zajmuje się przede wszystkim honorową reprezentacją: m.in. eskortuje trumny poległych, oddaje salwy honorowe nad mogiłami i pełni straż na wojskowych cmentarzach. Najprawdopodobniej właśnie w takim charakterze występował jeszcze niedawno „nasz” Taras Kovalenko – jako strażnik grobu nieznanego żołnierza na cmentarzu Arlington w Waszyngtonie na przełomie 2015 i 2016 r. – i ta jego zaszczytna służba została uwieczniona na paru fotografiach, które służby prasowe jednostki wywiesiły na swojej stronie.

Właśnie na podstawie zamieszczonych tam zdjęć możemy skojarzyć owego zmilitaryzowanego Kovalenkę z dwoma cywilnymi, nieco wcześniejszymi rekordami w sieci. Mianowicie w 2011 r. pewien młody Ukrainiec, Taras Kovalenko z Łucka, w ramach programu stypendialnego Microsoft zrobił sobie zdjęcie pod charakterystyczną wieżą w kanadyjskim Vancouver – by dwa lata później, w 2013 r., pojawić się w grupie współtworzącej firmę Optimalya z siedzibą w Izraelu. Ciekawa rzecz – zarówno ów ukraiński Kovalenko przybyły sześć lat temu do Vancouver, jak i ów Kovalenko pracujący w izraelskim start-upie przed czterema laty, jak wreszcie i ów Kovalenko z kompanii honorowej sprzed dwóch lat – wszyscy trzej wyglądają na zdjęciach tak podobnie, że aż trudno nie ulec wrażeniu, że to jeden i ten sam chłopak. W takich sprawach łatwo się oczywiście mylić – ale przecież od tego są wątpliwości, aby je rozwiewać. Rzecz jednak poważnie utrudnia fakt, że akurat tego Kovalenki – jednego w trzech osobach – próżno szukać na Facebooku, a inne linki (np. te związane z Kovalenką informatykiem z Vancouver) prowadzą do stron „nieistniejących”.

Jakież to jednak ma znaczenie dla naszego bezpieczeństwa, które zdaniem aktualnych przywódców Rzeczypospolitej tak radykalnie poprawia się wraz z przybyciem Kovalenki wraz z tysiącem kolegów – równie jak on anonimowych i nieprzejrzystych dla naszych służb? Ano takie, że dobrze byłoby wiedzieć, co to właściwie za ludzie.[dropshadowbox align=”none” effect=”raised” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”2″ border_color=”#161212″ rounded_corners=”false” ] Że nie są oni patriotami polskimi – to oczywiste i z tego przecież nikt nie może im czynić zarzutu. Nie mają przecież żadnego obowiązku stać na straży suwerenności i bezpieczeństwa naszej ojczyzny – bo nie takiej treści przysięgi składali i nie takie kontrakty, wstępując do armii, podpisywali. Mimo wszystko jednak dobrze byłoby wiedzieć, jakich zatem innych państw są patriotami – Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, Ukrainy czy Izraela? Na straży jakiej racji stanu i czyich interesów będą właściwie stali?[/dropshadowbox]

Ów Kowalenko vel Kovalenko, którego się tu czepiłem jako pars pro toto, jest może osobiście Bogu ducha winny – ale przecież nasze państwo (jeśli aspiruje do jakiejkolwiek powagi) powinno wiedzieć, z kim ma do czynienia i kogo pod bronią wpuszcza na swe terytorium. Czy przypadkiem w ramach „wzmacniania wschodniej flanki” amerykańscy towarzysze nie przysyłają nam tutaj figurantów, co prochu nie wąchali, a tylko opanowali do perfekcji pokazową musztrę paradną? Czy też może pod przykrywką zwykłych strzelców nasi patroni znad Potomaku reeksportują nad Wisłę uzdolnioną młodzież rodem z Ukrainy? A może samemu o tym nie wiedząc, przyjmujemy z otwartymi ramionami wcale nie ukraińskich, tylko izraelskich „programistów”? Ale w takim razie jaka jest ich rzeczywista misja – poza, ma się rozumieć, robieniem dobrego wrażenia na użytek tubylczej gawiedzi na wrocławskim Rynku?

—Tekst wzięty z  http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/11206-tylko-u-nas-grzegorz-braun-sojusznicza-misja-kowalenki

Zobacz zamiast czytać?