[ Nie da się tego skomentować bez używania wyrazów powszechnie uznanych za …     J.B. ]

Jan Piński

fot: YouTube fot: YouTube

Szef Rady Europejskiej Donald Tusk zeznawał przed wojskową prokuraturą w sprawie zarzutów dla kierownictwa Służby Kontrwywiadu Wojskowego z czasów rządów PO-PSL, że nawiązała ona współpracę z tajnymi służbami Rosji bez oficjalnej zgody premiera (zainteresowani bronią się, że taką akceptację mieli).

Tymczasem, jak ustaliła „Warszawska Gazeta”, współpraca z rosyjskimi służbami „na gębę” była za rządów PO nie tyleż wyjątkiem, co regułą. Na telefon z Moskwy ABW zatrzymywała, bez papierów, ludzi. Ba, nawet współdziałała z Federalną Służbą Bezpieczeństwa w tropieniu handlarzy narkotyków, którzy okazali się zwykłymi obywatelami. Wszystko to bez żadnej oficjalnej zgody władz.

Niczym w PRL-u, nasi oficerowie chcieli wykazać się gorliwością wobec nowo pozyskanego „partnera”. Jak to zwykle bywa, nasi szpiedzy zostali przez Rosjan ograni i ośmieszeni, a „partnerstwo”, które im się marzyło, jest do dziś zapewne przedmiotem niewybrednych żartów rosyjskich szpiegów. Mają oni bowiem wyuczoną pogardę dla pożytecznych idiotów. Najlepiej oddaje ją słowo „gównojady”, którym sowieccy czekiści określali członków towarzystw przyjaźni ze Związkiem Sowieckim, czyli pożytecznych idiotów, za darmo propagujących zbrodniczy ustrój i pomagających mu przetrwać.

Bić wrogów Rosji!

I tak przed 72. rocznicą napaści Związku Sowieckiego na Polskę (17 września 1939 r.) ABW rozpoczęła akcję o kryptonimie „Cmentarze”, której celem była ochrona grobów czerwonoarmistów przed profanacją. Aby odbyło się to skutecznie, ABW postanowiła podsłuchiwać… publicystów i dziennikarzy głoszących antysowieckie poglądy (na tę listę „załapał” się też wydawca i redaktor naczelny „Warszawskiej Gazety” Piotr Bachurski). Akcja ta prowadzona była przez kilka lat i pochłonęła ogromne kwoty. Każda z 15 delegatur musiała bowiem powołać specjalny zespół, który zajmował się tą sprawą. Z góry założono, że profanacje będą dokonywane przez środowiska radykalne związane z PiS-em i bliżej nieokreślonymi kręgami antyrosyjskimi. Oczywiście kryterium decydujące o uznaniu danej osoby za nastawioną „antyrosyjsko” nie zostało zdefiniowane. Skutek był taki, że ABW legalnie inwigilowała kogo tylko chciała. Gromadzono przede wszystkim informacje o osobach i organizacjach. Zbierano tzw. dane wrażliwe (czyli sytuacja rodzinna, materialna, nałogi, możliwe źródła nacisku). Na tej podstawie tworzono charakterystyki, wykorzystane w niektórych przypadkach do werbunku. Na koniec najlepsze. Ponieważ nikt nie demolował grobów sowieckich żołnierzy, to ABW ogłosiła, że jest to jej sukces. Mało tego, stworzono w ten sposób bazę osób o poglądach wrogich Rosji. Biorąc pod uwagę szczelność naszych struktur wywiadowczych, stawiam dolary przeciwko orzechom, że owa lista „wrogów Rosji” trafiła już do Moskwy.

Ty dzwonisz, a my zatrzymujemy

Kolejny przykład służalczości miał miejsce 2 stycznia 2012 r., gdy grupa szturmowa ABW zatrzymała rosyjskiego prokuratura Aleksandra Ignatienkę na skutek… telefonicznej prośby od rosyjskich służb. Dopiero po zatrzymaniu przez ABW sprawa trafiła do prokuratury, która podjęła stosowne działania. Dla laików przypomnienie: ABW nie ma prawa podejmować akcji (chyba że w stanie wyższej konieczności) bez zgody odpowiednich organów, czyli prokuratury i sądów. W tym wypadku, aby podlizać się Rosjanom, złamano wszelkie procedury. Akcja ta sprawiła, że po roku Ignatienko został wydany przez Polskę stronie rosyjskiej. To bynajmniej nie była „czysta” sprawa. Oskarżenia o korupcję w Rosji są generowane przeciwko tym, którzy mają odwagę postawić się systemowi. Jak by jednak nie było (czy Ignatienko był winny, czy niewinny), to żadna normalna służba specjalna nie oddałaby go Rosji. Zostałby zatrzymany, przedstawiono by mu jego sytuację, a następnie dano wybór: wolność za wiedzę. Strona rosyjska mogła zawsze się dowiedzieć, że – niestety – ale podejrzanemu udało się zbiec w trakcie przygotowywania formalności.

Również od telefonu zaczęła się współpraca ABW z FSB w sprawie zwalczania przestępczości narkotykowej na terenie Polski. Ot, koledzy poprosili, aby za kimś pojeździć, kogoś sprawdzić, kogoś poobserwować. Ani się szef ABW Krzysztof Bondaryk obejrzał, podobnie jak jego zastępcy, w tym pułkownik Jacek Gawryszewski, a koledzy z FSB już jeździli do Polski, aby zacieśniać współpracę. Gawryszewski do dziś pozostaje w służbie, będąc żywym dowodem na naiwność pisowskich specy od służb, którzy dali się obłaskawić jednemu z głównych rozgrywających za rządów PO-PSL. Po kilkunastu miesiącach chodzenia pod rękę z FSB nasi geniusze szpiegostwa załapali, że nie ma żadnych narkotyków, a oni są osłami, którzy pokazali nieprzyjaznym służbom swój sposób pracy i tożsamość ponad setki oficerów. Sprawę szybko zamieciono pod dywan i do dziś obecne kierownictwo udaje – w oparciu m.in. o zapewnienia płk. Gawryszewskiego – że sprawy nie ma i nie było.

Służalcza tradycja

W 2008 r. późniejszy szef kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego krytykował gremialny powrót byłych esbeków do ABW. Rzecznik ABW komentował wówczas, że tylko około 7 proc. funkcjonariuszy w szefostwie zaczynało pracę w PRL-u. Faktycznie jednak za rządów PO dokonano restauracji ich wpływów. Symbolem było stworzenie dla byłych zasłużonych peerelowskich oficerów sieci niejawnych etatów. Traktowano ich jako konsultantów i doraźnych agentów, a faktycznie po prostu dawano im spore dodatki do i tak wysokich emerytur. Symbolem podejścia PO i jej nominata Krzysztofa Bondaryka do tej sprawy było nieodpłatne, bo „po kosztach” wynajęcie siedziby organizacji zrzeszającej byłych esbeków, czyli Związkowi Byłych Funkcjonariuszy Służb Ochrony Państwa (ZBFOP). Organizacja ta walczyła oczywiście z każdą próbą obniżenia esbeckich przywilejów emerytalnych (o likwidacji nie wspominając). Jeżeli do tego dodamy, że do dziś najlepszym sposobem zrobienia kariery w polskich służbach jest posiadanie silnych związków rodzinnych ze strukturą, to stanie się jasne, dlaczego prorosyjska i służalcza opcja jest tam dominującą. Żeby było śmieszniej, ówczesny szef ABW Bondaryk, otaczając się byłymi esbekami, autoryzował raport swojej firmy, w którym otwarcie przyznawał: – Przedstawienie tej współpracy (z sowieckimi służbami – red.) we wszystkich aspektach, jej zbilansowanie, opisanie jej skutków i pozostałych po niej układów oraz aktywów ma nadal istotne znaczenie ze względu na wciąż możliwy wpływ tej współpracy na aktualny stan bezpieczeństwa RP. Można stwierdzić, że przywracając byłych esbeków do czynnej służby, Bondaryk kierował się chęcią pozyskania materiału badawczego.

Kosmetyczne zmiany, jakie nastąpiły w ABW po przejęciu władzy przez PiS, wiele nie zmienią. Funkcjonariusze ABW nie są idiotami. Faktycznie uczestniczą w politycznej grze i dostosowują swoją działalność do bieżących politycznych zapotrzebowań decydentów. Dlatego ci, którzy wczoraj zatrzymywali ludzi na telefon z Moskwy, dziś gotowi są do skrajnie innych, niekoniecznie legalnych działań. Sęk w tym, że jak zmienią się rządy, to oni zaraz znów będą czapkować Rosjanom, zapewniając o tym, że wszelkie poprzednie działania wynikały tylko i wyłącznie z pragmatycznej chęci przeżycia rządów „pisowskich faszystów”.

Tekst  wzięty  z  https://warszawskagazeta.pl/kraj/item/4836-abw-w-objeciach-rosjan-za-rzadow-platformy-obywatelskiej-oficerowie-abw-podejmowali-czynnosci-na-telefon-z-moskwy