Zabić kobietę w kobiecie

Fot. Ł. Sokół/Forum

Niektórzy psychoanalitycy twierdzą, nie bez podstaw zresztą, że w dobie postmodernizmu „ulotniło się” ojcostwo. Co jednak jest przyczyną tego „ulotnienia”? Rozstrzygającą rolę w tej kwestii odegrała rewolucja feministyczna – silnie nacechowana duchem antychrześcijańskim.

W okresie średniowiecza kobieta cieszyła się najwyższym w dziejach uznaniem – a to dlatego, że między mężczyzną a kobietą nie było żadnej wrogości. Teza, zgodnie z którą mężczyzna i kobieta muszą być sobie równi (tracąc całą harmonię i piękno swej odmienności i komplementarności) wywodzi się z laickiego sposobu myślenia, zbuntowanego przeciwko Bożym prawom.

W świecie zwierząt wszystko ma ład i harmonię. Układ sił między różnymi gatunkami zapewnia przetrwanie, bez wrogości i rywalizacji między samcami i samicami jednego gatunku. Tak samo powinno być z ludźmi – stworzonymi dodatkowo na obraz i podobieństwo Boga. Ale to właśnie z buntu przeciwko prawom natury wpisanym w stworzenie, a zatem – z buntu wobec praw Bożych bierze się wrogość między mężczyzną a kobietą. Stąd pochodzi niechęć między obiema płciami – stąd podział, rozbicie, schizofrenia i wola pogmatwania tego, co w istocie rzeczy jest uładzone.

W średniowieczu, kiedy panowała świadomość, że wszechświat należy do Boga (a na ziemi, w cywilizacji chrześcijańskiej panowała harmonia Jego stworzenia), nie zajmowano się równością płci, lecz zaprawiano się w sile bycia mężczyzną i w sile bycia kobietą, przy wzajemnym uzupełnianiu się i wspólnym działaniu – we wzajemnym szacunku. Nie kiedy indziej zresztą, jak właśnie w średniowieczu kobiety osiągały poziom wielkiej władzy i ogromnej odpowiedzialności jako królowe, arystokratki i przeorysze.

Właśnie z tego dogłębnie chrześcijańskiego odczucia (mającego swe źródło w najwyższej godności, jaką Bóg obdarzył swoją Matkę) zrodził się w średniowieczu wielki kulturowy szacunek dla kobiety (to wszak czasy dwornej miłości i słodkiego nowego stylu). Kobietę otaczano szacunkiem za to, czym jest – istotą, która z właściwej sobie natury została bardziej wywyższona duchowo niż mężczyzna. Wizja ta ukształtowała się nie bez wpływu filozoficzno‑religijnych poglądów średniowiecznej scholastyki: myśli świętego Tomasza z Akwinu, mistyki świętego Bonawentury, a także rozważań Arystotelesa.

Tę dogłębnie duchową konotację kobiecości uwypuklił Dante Alighieri, ukazując kobietę wiodącą duszę mężczyzny ku oczyszczeniu, aby stał się on bardziej godny Bożej Miłości. Taką rolę – zarazem przewodniczki i katharsis – odegrała Beatrycze. To rola diametralnie przeciwstawna wobec ideologii feministycznej, całkowicie skupionej na immanencji.

Dziecko rewolucji francuskiej

Feminizm zaczął się rozwijać u początków rewolucji francuskiej. Gremia, mające dokonać wyboru deputowanych do Stanów Generalnych, przedłożyły Zgromadzeniu Rewolucyjnemu w 1789 roku Zeszyt skarg kobiet – pierwsze formalne żądanie uznania społecznych praw kobiet. W tychże latach Olimpia de Gouges wydała powieść zatytułowaną Książę filozof, upominającą się o prawa kobiet, i zaczęła organizować grupy kobiece. Jej działalność przerwano, kiedy zaczęła krytykować Marata i Robespierre’a (w roku 1793 została zgilotynowana przez „wolność”, „równość” i „braterstwo” Francji).

Francuską spuściznę feminizmu ochoczo przejęto w Wielkiej Brytanii. W obieg ruszyły książki postulujące przyznanie kobietom rozmaitych „praw”.

W roku 1792 Mary Wollstonecraft opublikowała Wołanie o prawa kobiety. W tym samym czasie zaczęły powstawać koła kobiece. W roku 1869 zrodził się w Anglii ruch sufrażystek, stawiający sobie za cel doprowadzenie do przyznania kobietom praw wyborczych do parlamentu. W roku 1903 Emmeline Pankhurst założyła Społeczny i Polityczny Związek Kobiet z konkretnym zamiarem uzyskania dla kobiet praw politycznych.

 Sufrażystki prowadziły bardzo zdecydowaną działalność. Nie stroniły od przykuwania się łańcuchami do ogrodzeń, podpalania skrzynek pocztowych, wybijania szyb. Wiele trafiło do więzienia, gdzie podjęło strajk głodowy (rywalizując w tym względzie z Marion Dunlop, która jako pierwsza sięgnęła po taką formę protestu).

Za żądaniem praw wyborczych (który to cel niewątpliwie zostałby osiągnięty drogami bardziej naturalnymi i chrześcijańskimi – wszak sam papież Benedykt XV wypowiadał się publicznie za wyborami powszechnymi) kryła się furia ideologii. Feminizm postawił sobie za cel osiągnięcie równości nie tylko w sferze polityki, ale we wszystkich dziedzinach i we wszystkich rolach. Stąd rozchwianie rodziny, a więc i społeczeństwa. Stąd mężczyzna i kobieta już nie komplementarni, lecz zantagonizowani – aż po wynaturzenie męskości i kobiecości, ojcostwa i macierzyństwa.

Katolicki grzech zaniedbania

Kościół za pośrednictwem Piotrowego Urzędu Nauczycielskiego usiłował przypominać mężczyźnie i kobiecie o obowiązkach rodzinnych – pomyślmy tylko o arcydziele papieża Piusa XI, jakim jest encyklika Casti connubii. Mimo to zabrakło uczonych, pisarzy, dziennikarzy katolickich, którzy umieliby przeciwstawić się feministycznej lawinie, wskutek czego feminizm mógł działać bez przeszkód dzięki socjalistycznemu, komunistycznemu i progresistowskiemu aparatowi politycznemu i kulturowemu.

Co na przykład zrobiła we Włoszech chrześcijańska demokracja i kultura katolicka, żeby stawić czoło przewrotnym ideom feminizmu? Brakuje poważnego mea culpa świata katolickiego za to poważne zaniechanie, jakim było pozostawienie otwartego pola wrogom Chrystusa. Katolikom zabrakło ewangelicznej soli, by publicznie przypominać, co znaczy być kobietą i co znaczy być mężczyzną, a tymczasem kobieta zatraciła świadomość tego, że nade wszystko jest matką.

Macierzyństwo jest istotne nie tylko dlatego, aby rodzina mogła prawidłowo funkcjonować, ale i po to, by głowa rodziny mogła wypełniać swoje obowiązki. Tymczasem jeśli miejsce głowy rodziny jest puste, nie tylko rodzina zostaje zniszczona, lecz także każdy jej członek jest duchowo i psychologicznie zagrożony. Nikomu nie można przekazać kobiecego zadania macierzyństwa. Jeśli serce i energia matki nie są poświęcone rodzinie, wtedy wszystko się rozpada.

To matka ponosi największą odpowiedzialność za walkę z zaciętymi wrogami rodziny: egoizmem i hedonizmem. To jej bowiem Bóg powierzył zadanie ponoszenia ofiary dla obowiązku, wielką zdolność do rozumienia i dzielenia, wielką łagodność, która rozbraja wszelką wrogość, ogromną wielkoduszność w miłości, wielki autorytet w związku małżeńskim i w więziach z dziećmi.

Jak to możliwe, że matka zabiera swe niemowlę do nocnych lokali, bo nie ma dla niego opieki, a sama przecież nie może zrezygnować z „wolności” w szukaniu rozrywki? Jak to możliwe, że rozwiedziona matka zostawia w domu swoje małe dzieci, by pójść na tańce z kolejnym partnerem? To się dziś nagminnie zdarza. Ale czyż można się temu dziwić, skoro dzisiejsza kobieta znajduje w sobie „feministyczną odwagę”, żeby dokonać aborcji? W takiej sytuacji reszta jest już tylko nieuniknioną konsekwencją ideologii, która chciała zabić kobietę w kobiecie.

 

Cristina Siccardi

Tekst pochodzi z 54. numeru magazynu „Polonia Christiana”