Nowe Ateny

2017-10-15

Na ekrany kin w Polsce wszedł właśnie brytyjski film animowany o Vincencie van Goghu sfinansowany przez… Polski Instytut Sztuki Filmowej, będący – jak czytamy w Wikipedii – „państwową instytucją kultury odpowiedzialną za rozwój polskiej kinematografii oraz za promocję polskiej twórczości filmowej za granicą.”

Polskiej kinematografii, a nie brytyjskiej, zatem państwowa instytucja Rzeczpospolitej za pieniądze polskich podatników finansuje brytyjski, a de facto żydowski film niejakiego Hugh Welchmana, w reżyserii żydówki, a prywatnie partnerki Welchmana niejakiej Doroty Kobieli, o której niewiele w kraju można się dowiedzieć ponad to, że była wielokrotnie beneficjentką stypendiów rządu w Polsce, bo trudno go (i wszystkie po wojnie) nazwać polskim, za to w Wielkiej Brytanii jest dyrektorem  fundacji „UK Jewish Film” (żydowski film w Wielkiej Brytanii)  zarejestrowanej pod numerem:  1072914, zajmującej się faszerowaniem Wyspiarzy żydowską propagandą.

kobiela

Film „Twój Vincent” kosztował 5,5 mln dolarów amerykańskich.  Notka zamieszczona w Wikipedii podaje dwóch głównych mecenasów: polski PISF oraz Kickstarter, czyli portal internetowy organizujący zrzutki co łaska. Sprawdziliśmy na stronie Kickstartera jak przebiegał crowdfunding zainicjowany przez Welchmana  w kwietniu 2014r. i okazało się, że do kapelusza wrzucono mu w sumie 53,292 funty brytyjskie. Na stronie internetowej PISF nie odnaleźliśmy informacji, jaką sumą Instytut zasilił produkcję „Twój Vincent”, lecz prosta matematyka wskazuje, że było to prawdopodobnie ok. 5 mln dolarów USA, skoro Kickstarter przyniósł zaledwie jedną setną wydanej sumy, a jest prezentowany jako drugi mecenas w kolejności, gdyż z angielskiej wersji strony filmu w Wikipedii dowiadujemy się, iż pośród sponsorów były także miasto Wrocław oraz kilku innych, pomniejszych darczyńców.

Tak więc obywatele Rzeczpospolitej zapłacili za żydowski przekręt faktograficzny w ramach promowania dewiacji w myśl starego programu, generujący krocie dla pasożytniczej struktury, którą można naszym zdaniem zaliczyć do wielofunkcyjnej żydowskiej mafii znanej w USA jako Kosher Nostra. Dlaczego w USA? Ponieważ Vincentem handluje firma Cinema Management Group  z siedzibą w Beverly Hills, California, United States, a więc zyski z inwestycji polskich podatników – a film został sprzedany do 100 krajów świata –  trafiają do żydowskiej Mekki w USA oraz do prywatnej kieszeni Welchmana poprzez jego firmę  BreakThru Films.

Film jest prezentowany w Polsce jako kooperacja polsko-angielska, padają polskie nazwiska: reżyserki, odtwórcy głównej roli, dwóch panów Stuhrów, p. Stenki i wielu innych osób. Jednak udział Polaków ogranicza się do de facto dwóch osób, jeśli żydówkę uznamy za Polkę, z czym niekoniecznie sama musi się zgodzić. Reszta to dubbing oraz tło i wyrobnicy.

Być może Polacy przymknęliby nawet oko na tę kolejną żydowską grabież w imię krzewienia wiedzy o życiu i twórczości genialnego Vincenta van Gogha, gdyby film istotnie tę wiedzę przekazywał. Niestety, w ramach żydowskiej walki z chrześcijaństwem oraz wartościami cywilizacji łacińskiej „Twój Vincent” został cynicznie przekłamany w warstwie faktograficznej, a rozpoczyna się sceną nawet nie stosunku seksualnego, ale ordynarnej, perwersyjnej, zwierzęcej kopulacji. Pamiętajmy, że na film z pewnością przyjdą rodzice z małymi dziećmi, wiemy to z autopsji, gdyż na wyjście do kina umówieni byliśmy z rodzicami 9-letniego Antka i tylko zrządzenie losu sprawiło, iż nie mogli dotrzeć na seans.

Film jest ewidentnie antychrześcijański, prezentuje wiernych niczym fundamentalistyczną ortodoksję „katolską”, a samego Vincenta przedstawia jako wroga kościoła „który nie chwali Boga” oraz zwykłego wariata i nieuka. To nie jest przypadek, tylko działanie celowe, aby młodzi ludzie indoktrynowani fałszywym przekazem neobolszewickim geniusz artystyczny identyfikowali raczej z brakiem wszelkich wartości, nihilizmem, wyuzdaniem seksualnym, relatywizmem moralnym oraz filozoficznym, niż z iście anielską pobożnością Vincenta van Gogha, człowieka tak dobrego i przepełnionego empatią, że trudno dziś wskazać podobną osobę. Szczególnie w Holandii. Przykładem niech będzie pełen współczucia obraz Vincenta ludzi jedzących ziemniaki, “Potato Eaters” z 1885r.

Wg scenariusza, Vincent wziął się we Francji znikąd, był włóczęgą bez przeszłości, a sztuką zainteresował się dopiero w wieku lat 28 Miał być zakompleksiony i obarczony freudowskim (a jakże) cierpieniem z powodu rzekomych ran psychicznych doznanych w wieku dziecięcym, jako niekochane dziecko noszące imię pierworodnego syna van Goghów, który urodził się martwy.

To oczywiste fałszowanie biografii Vincenta. Po pierwsze w czasach młodości Vincenta śmiertelność niemowląt była spora i nadawanie imion zmarłego dziecka kolejnemu potomkowi stanowiło regułę, taki był w Holandii powszechny zwyczaj.  Nie jest też prawdą, iż Vincent zetknął się ze sztuką w wieku 28 lat, ponieważ sztuka, a malarstwo szczególnie towarzyszyły mu już od kołyski. Pochodził z zamożnej i ustosunkowanej rodziny, jego dziadek, który był doktorem teologii i to po nim otrzymał imię, miał sześciu synów, z których trzech było znanymi marchandami sztuki, natomiast ojciec został baptystycznym pastorem. Już w wieku lat 13 Vincent brał profesjonalne lekcje rysunku, choć malował od najmłodszych lat. Brat Vincenta Theo również był marchandem na tyle zamożnym, że utrzymywał go przez wszystkie lata jego samodzielnej twórczości, aż do tragicznej śmierci, gdyż malarstwo Vincenta  wyprzedzało epokę i nie było na nie wówczas popytu.

Sam Vincent został marchandem gdy miał 16 lat, wysłano go wówczas do oddziału rodzinnej firmy w Londynie. Jednak nie mógł pogodzić się z traktowaniem sztuki jak zwykłego towaru, gdyż zawsze widział w niej formę komunikacji rzeczy dla człowieka najistotniejszych, także w kwestii spraw ostatecznych i relacji z Bogiem, co doskonale ilustrują jego mało znane obrazy religijne, których namalował całkiem sporo, a przede wszystkim Martwa Natura Z Biblią z 1885r. To obraz wyjątkowy, pomijany przez krytykę oraz licznych biografów, ponieważ ukazuje jasno światopogląd Vincenta, to, co dla niego było najważniejsze w całej drodze życia. Warto się dokładniej przyjrzeć dziełu, aby zrozumieć, co artysta chciał przekazać potomnym. Otóż, na pierwszym planie widzimy otwartą Biblię leżącą na stole. Nigdy byśmy się tego nie domyślili, gdybyśmy nie znali tytułu obrazu, albo nie obejrzeli go bardzo dokładnie, gdyż jest tak namalowana, że mogłaby być dowolną księgą. To nie jest duży obraz, ma 65.7 cm x 78.5 cm, widziałem go w Muzeum van Gogha w Amsterdamie, trzeba naprawdę mocno się przyglądać z bliskiej odległości, żeby dostrzec istotę przekazu. W górnej części prawej kartki widzimy niewyraźne kreski, które gdy poskładamy, otrzymamy wyraz „Izajasz”, a więc Biblia jest otwarta na Księdze Izajasza, bardzo wymownej, bo mówiącej nam o degeneracji żydostwa, jego bezbożności, złodziejstwie, dewiacjach, kompletnym upadku moralnym oraz o niechęci Boga do tego niereformowalnego, tępego plemienia, które nic nie rozumie z otaczającego je świata. Poniżej Biblii jest mniejsza książka. Tytuł oraz autora możemy odczytać dopiero po wytężeniu wzroku i dopatrzeniu się liter. To „LA JOIE DE VIVRE” czyli „Radość Życia” Emila Zoli, mówiąca o tym, co tak naprawdę jest w życiu ważne.  A więc dla Vincenta van Gogha najważniejsza była relacja z Bogiem oraz prawda o nonsensie tzw. jedeo-chrześcijaństwa, stręczonego nam obecnie przez różnych facetów typu Lemański z koleżkami.

W Londynie Vincent pasjonował się obrazami wielkich mistrzów, przebywał głównie w British Museum. Niektórych później kopiował. Po powrocie z Londynu chciał zostać pastorem, ale nie zdał wymaganego egzaminu, co jest dość dziwne ponieważ Pismo Święte i gruntowna wiedza teologiczna były mu doskonale znane ze względu na wspomnianego dziadka oraz ojca pastora. Kiedy miał 23 lata zaczął tłumaczyć Pismo Święte na język francuski, niemiecki oraz angielski, a więc znał doskonale te języki.  Prawdopodobnie wpływowa rodzina miała wobec niego inne plany, które nigdy się nie ziściły. Został misjonarzem protestanckim i pojechał do Belgii.  Zamieszkał pośród  belgijskich górników w Petit Wasmes, biedaków, z którymi żył jak równy z równymi. Mieli go za świętego. Protestanccy zwierzchnicy byli zbulwersowani tym, że Vincent tak gorliwie naśladował Jezusa Chrystusa, cierpiąc niewygody życia w ubóstwie, mieszkając w komórce młynarza, gdzieś na zapleczu. Chcieli go odwołać „za podważanie godności kapłaństwa”. Za namową brata pojechał bo Brukseli, gdzie rozpoczął studia malarskie na Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Przez całe życie był gorliwym chrześcijaninem, tak miłosiernym, że oddał życie za własnego zabójcę, 16 – letniego wówczas łotra i ladaco René Secrétana, późniejszego bankiera, który zastrzelił  Vincenta 27 lipca 1890 w Auvers-sur-Oise, we Francji. Secrétan był zdegenerowanym gówniarzem, osiłkiem o cechach psychopatycznych, pochodził z bogatej rodziny, która miała letnią posiadłość w Auvers. Tego lata przyjechał w stroju kowboja z frędzlami, który kupił w Paryżu na wystawie o Bufallo Billu. Miał pas z małym prawdziwym pistoletem, z którego czasem strzelał. Tłumaczył później, że pistolet raz wypalał, raz nie, wtedy wypalił. Bezpośrednio po zabójstwie rodzina wywiozła go z Auvers. René Secrétan zajmował się lokalnymi dziwkami i znęcał się nad Vincentem wraz z innymi chłopakami, robił mu socjopatyczne „psikusy”, podczas gdy ten zachowywał anielską cierpliwość i tylko nazywał go tyleż żartobliwie, co pobłażliwie „Pufallo Pill”. Sprawę zabójstwa zatuszowano, objęto omertą. Ukuto legendę, w której Vincent miał rzekomo popełnić samobójstwo, choć to pomysł absurdalny nie tylko dlatego, iż van Gogh był wierzącym chrześcijaninem, ale także dlatego, iż żadne okoliczności jego domniemanego samobójstwa się nie zgadzają, nie mógł nawet sam do siebie strzelić, ponieważ zarówno kąt padania pocisku to wykluczał, brak śladów prochu, jak i miejsce zranienia, musiałby mieć ręce z gumy. Umierał w cierpieniach dwa dni. Nikt mu nie udzielił pomocy. Czekali na jego śmierć.

Nie jest wykluczone, iż van Gogh uratował przed kryminałem także Paula Gauguina. W trakcie sprzeczki z przyjacielem Vincent miał wyciągnąć brzytwę, choć to Gauguin był człowiekiem porywczym o konstrukcji dryblasa. Skończyło się na tym, że Gauguin uciekł tego dnia z Auvers, a Vincent został bez ucha, aczkolwiek zawsze twierdził iż stracił tylko końcowy płatek; dopytywany o okoliczności mówił, iż to sprawa osobista. Zrobiono z tego legendę, ogłoszono, iż przyniósł obcięte ucho do burdelu i dał je prostytutce o imieniu… Rebeka.  Co ciekawe, niemal wszystkie źródła podają, iż Vincent obciął sobie ucho lewe, choć na autoportrecie z tamtego czasu ma zabandażowane ucho prawe. Prosimy spróbować naciągnąć sobie prawe ucho lewą ręką i sprawdzić, czy jest możliwe jego obcięcie prawą ręką, Vincent był praworęczny.

Dlaczego żydzi zajmują się chrześcijańskim artystą? Z dwóch głównych powodów: w ramach zakłamywania historii ateistyczną linią ideologiczną wywodzoną przez red. Stanisława Michalkiewicza od niejakiego Gramsciego, a przez nas od judaistycznego stronnictwa saduceuszów z czasów przed narodzeniem Chrystusa oraz dla pieniędzy –  im pecunia non olet. W filmie „The Founder” wyświetlanym także w Polsce (w ograniczonym zakresie) pod tytułem „McImperium”, opowiadającym o oszuście, który ze swoją żydowską szajką przejął wrogo innowacyjną, wzorcową firmę amerykańską Mc Donalds, prowadzoną wówczas przez dwóch braci Mc Donaldsów, Richarada oraz Dicka jest scena, w której zapyziałe wówczas, mini-biuro tytułowego czarnego charakteru Roya Krocka odwiedza komiwojażer trudniący się sprzedażą Pisma Świętego Nowego Testamentu, niejaki Sonneborn. Krock początkowo zbywa natręta, ale zaintrygowany żydowskim nazwiskiem, zdając sobie sprawę z immanentnej żydom nienawiści do chrześcijan pyta gościa: „a dlaczego żyd zajmuje się sprzedażą Nowego Testamentu?” . Sonnenborn odpowiada z rozbrajającą szczerością: „z czegoś trzeba żyć”. To cyniczne, amoralne wyznanie spowodowało, że Krock zaproponował mu współpracę, która trwała bardzo długo przemieniając porządny amerykański biznes w żydowski handele badziewiem.

W swojej książce „Sąsiedzi, płacić za ludobójstwa!” Henryk Pająk opowiada scenkę, w której Polka tak po ludzku lituje się nad wywożonymi do obozu żydami, nie rozumiejąc przyczyn oraz celów II wojny światowej. W odpowiedzi słyszy od starszej żydówki: „nie potrzebujemy waszej litości, jeszcze przyjdzie czas, że będziemy sprzedawali bilety do waszych kościołów”. I sprzedają.

Jedyna prawda prezentowana w  filmie  “Twój Vincent” to wątek zabójstwa oraz poetycki tekst starej, lecz pięknej  piosenki „Starry Night” wykonanej na koniec projekcji.