Dygnitarze III RP nigdy nie chcieli do końca wyjaśnić wszystkich faktów związanych z tragiczną śmiercią ks. Jerzego. Przypomnę tylko dramatyczne okoliczności zaistniałe wokół prób podejmowanych przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego, któremu dwukrotnie niemalże w przededniu skierowania do sądu aktów oskarżenia w tej sprawie odbierano śledztwo – mówi Tadeusz Płużański, prezes Fundacji „Łączka”.

Czym była i kogo rekrutowała do swoich szeregów Samodzielna Grupa „D” IV Departamentu MSW, zwana również „Komandem Śmierci”?

Była to zbrodnicza jednostka komunistyczna, zatrudniająca największych przestępców i drani „czerwonego reżimu”, w dodatku współpracująca z KGB. Jej głównym zadaniem było mordowanie i represjonowanie „wywrotowych” Polaków, stanowiących zagrożenie dla ówczesnej władzy oraz zniszczenie Kościoła Katolickiego w Polsce.

Ludzie wchodzący w skład „Komanda Śmierci” nie mieli żadnym zahamowań przed „finezyjnym” torturowaniem i mordowaniem swoich ofiar. Co gorsza, nigdy nie widzieli niczego złego w swoim działaniu ani też nie czuli żadnej skruchy.

Trzeba również dodać, że mimo podkreślenia w nazwie „samodzielności” całej tej bandy zbrodniarzy, w rzeczywistości sterowali nią ludzie z najwyższych szczebli komunistycznej władzy. Przykładem jest przebieg procesu toruńskiego, kiedy to „czerwoni włodarze” zrzucili pełnię winy na towarzyszy Piotrowskiego, Pękalę, Chmielewskiego i Pietruszkę, sugerując że działali oni na własną rękę.

Nie jest jednak tajemnicą, że o ich działaniach wiedzieli: Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak i Władysław Ciastoń. Powiem więcej – towarzysze generałowie nigdy nie staliby się przywódcami komunistycznej dyktatury, gdyby takie sprawy były poza ich zasięgiem.

Oczywiście, świetnie zdawali oni sobie sprawę z tego, co się dzieje w PRL i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to właśnie oni inspirowali swoich podwładnych z Grupy „D” do dokonywania zbrodni.

Najsłynniejszą z nich było zamordowanie w wyjątkowo barbarzyński sposób księdza Jerzego Popiełuszki…

To prawda. Pomimo upływu 33 lat od tej tragedii, nadal nie znamy okoliczności śmierci błogosławionego męczennika. Mimo oficjalnego „wyjaśnienia” sprawy podczas procesu toruńskiego, przez lata namnożyło się wiele wątpliwości w związku z tą sprawą.

Pierwsza z nich dotyczy daty zgonu ks. Jerzego Popiełuszki. Zdaniem prokuratora Andrzeja Witkowskiego, któremu dwukrotnie w tzw. wolnej Polsce odbierano śledztwo w sprawie śmierci kapelana „Solidarności”, nie został on zamordowany 19 października 1984 roku, tylko kilka dni później, a w mordzie uczestniczyli oficerowie GRU.

Już samo ciało zabitego, odnalezione 30 października 1984 roku, to najtragiczniejszy dowód, że dla prześladujących go komunistów nie był człowiekiem, tylko jakby rzeczą, jakimś workiem, który można z przywiązanymi kamieniami utopić.

Oczywiście, skazani w procesie toruńskim nie byli bez winy. Przez lata zajmowali się oni niszczeniem Kościoła, represjonowaniem duchownych i organizowaniem brutalnych zbrodni przeciwko Polakom, które propaganda komunistyczna przedstawiała jako działanie „nieznanych sprawców”. Nie zmienia to jednak faktu, że sterowali nimi towarzysze generałowie: Jaruzelski, Kiszczak i Ciastoń.

Do wymienionych przez Pana nazwisk dopisałbym jeszcze jednego „zasłużonego towarzysza”, czyli Jerzego Urbana – człowieka odpowiedzialnego za zapewnienie „parasola ochronnego” komunistycznym zbrodniarzom. Kiedy przypomni się jego podłe zabiegi propagandowe, szkalujące ofiary komunistycznych morderców, łzy same napływają do oczu… 

Od zawsze powtarzam, że rozliczenie zbrodni komunistycznych nie może ograniczać się tylko do ich bezpośrednich wykonawców, ponieważ wówczas pomijana jest cała reszta.

Zbrodnie komunistyczne to bestialstwa całego aparatu PRL z Jaruzelskim, Kiszczakiem i Urbanem na czele. Ten ostatni do dzisiaj maskuje i zaprzecza wszystkim faktom w sprawie mordu ks. Popiełuszki oraz chroni oprawców sugerując, że kapłan sam jest sobie winien, ponieważ się „prosił” o to, co go spotkało.

Już niedługo Jerzym Urbanem zajmie się Społeczny Trybunał Narodowy. Mam nadzieję, że przyczyni się to – jeszcze w życiu doczesnym – do osądzenia i przykładnego ukarania tego zbrodniarza komunistycznego przez wymiar sprawiedliwości Rzeczpospolitej. Zabijać można bowiem na różne sposoby – przez bestialskie tortury, strzał w tył głowy, ale także wyrok sądowy czy zbrodniczą propagandę, jak robił to Jerzy Urban.

Jaki był cel całej Urbanowskiej propagandy wymierzonej przeciwko ks. Popiełuszce jeszcze przed jego zamordowaniem?

Podstawowym celem było zastraszenie, a ostatecznym – likwidacja Kościoła Katolickiego, który komuniści uważali za jednego ze swoich największych wrogów i wszelkimi możliwymi sposobami próbowali zniszczyć. Dlatego właśnie przez lata prowadzono akcje szkalujące duchownych, m.in. księdza Jerzego.

Propaganda wymierzona w Kościół miała uderzyć także w wiernych. Komuniści uważali, że dzięki zastraszaniu i mordowaniu kapłanów uda im się osłabić wiarę i postawy patriotyczne Polaków. Jakże bardzo się mylili.

Dlaczego zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki jest dzisiaj przez wielu nazywane „zbrodnią założycielską III RP”?

Ponieważ jest to zbrodnia de facto nieosądzona. Mimo wyroków, jakie zapadły podczas procesu toruńskiego, Piotrowski i reszta morderców szybko wyszli na wolność dzięki amnestii, a potem robili kariery w „wolnej Polsce”.

Po drugie, o czym już wcześniej wspominałem: zamordowanie ks. Jerzego przez lata nazywano „prywatną inicjatywą” oficerów Grupy „D”. Dopiero kilkanaście lat po procesie toruńskim zaczęto mówić o zbrodni komunistycznej.

Po trzecie, mocodawcy morderców księdza Popiełuszki nigdy nie odpowiedzieli za swoje zbrodnie, z wyjątkiem kilku symbolicznych wyroków.

W końcu wreszcie: dygnitarze III RP nigdy nie chcieli wyjaśnić wszystkich okoliczności związanych z tragiczną śmiercią ks. Jerzego. Przypomnę tylko dramatyczne próby podejmowane przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego, któremu dwukrotnie, niemalże w przededniu skierowania do sądu aktów oskarżenia w tej sprawie, odbierano śledztwo. A prokurator Witkowski był na tropie rzeczy fundamentalnej – na drodze do stwierdzenia tego, że za śmiercią kapelana „Solidarności” stoi związek przestępczy o charakterze zbrojnym, z towarzyszami Jaruzelskim i Kiszczakiem na czele. I to właśnie ci czerwoni dyktatorzy powinni w pierwszej kolejności odpowiadać za tę oraz inne zbrodnie PRL.

Dopóki sprawa zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki nie zostanie rozwikłana, dopóty nie będziemy mogli mówić o normalnym, niepodległym państwie polskim, a tylko o PRL-bis. Dopóki nie zostanie zatrzymana przyklepana przy okrągłym stole abolicja dla komunistycznych zbrodniarzy, obowiązująca po dzień dzisiejszy, dopóty męczeńska śmierć ks. Jerzego pozostanie skazą na naszej narodowej tożsamości.

Aktualnie sprawę śmierci ks. Popiełuszki prowadzi prokurator Mieczysław Góra z bydgoskiej delegatury IPN. Czy Pana zdaniem, tym razem sprawa zostanie doprowadzona do końca?

Jeśli nadal nie będzie ku temu woli politycznej, to moim zdaniem, zostanie zakończona tak jak w przypadku śledztwa prokuratora Witkowskiego. Widać wyraźnie, że w Polsce wciąż są potężne siły, które mogą zablokować każdą walkę o prawdę.

Z drugiej strony, to istne kuriozum, że w roku 2017, po tylu latach ciężkiej pracy Andrzeja Witkowskiego, zostaje wyznaczony nowy prokurator do tej sprawy. Musi on wertować kilometry akt. Nie podważam oczywiście pracy i zaangażowania prokuratora Góry – uważam, że jest on świetnym specjalistą i na pewno zrobi wszystko, abyśmy dowiedzieli się, co takiego stało się w październiku 1984 roku. Nie zmienia to jednak faktu, że nasuwa się pytanie: dlaczego sprawy nie oddano po raz trzeci prokuratorowi Witkowskiemu, który już dwukrotnie był bliski jej zamknięcia?

Wygląda to na celowe utrudnianie, żeby nie powiedzieć – tuszowanie śmierci ks. Jerzego: „niech sprawcy i świadkowie umrą, żeby całą sprawę pozostawić do osądzenia historykom”. Nie! Nie tędy droga!

Trzymajmy kciuki za prokuratora Górę, ale powtórzę: nie tak to wszystko powinno wyglądać!

Ksiądz Jerzy nie był ostatnim duchownym zamordowanym przez komunistów. W styczniu 1989 roku, gdy w najlepsze trwały obrady okrągłego stołu, czerwony reżim zabił ks. Stanisława Suchowolca i ks. Stefana Niedzielaka. Z kolei w lipcu 1989 roku, już po „wolnych wyborach” z 4 czerwca, zakatowano ks. Sylwestra Zycha. Dlaczego?

Ponieważ komuniści nigdy nie wybaczali, również kapłanom. Wszyscy trzej księża zamordowani w 1989 roku byli niezłomni duchownymi i walczyli o wolną, katolicką ojczyznę.

Ksiądz Niedzielak został zamordowany za działalność w AK, wspieranie WiN-u i mówienie prawdy o pomordowanych przez komunistyczny reżim.

Ksiądz Suchowolec zginął, ponieważ odprawiał Msze Święte za ojczyznę.

Ksiądz Zych był kolejnym patriotą i antykomunistą z krwi i kości, dlatego „należało” go zgładzić.

Żadna z tych spraw nigdy nie została wyjaśniona, ale wierzę, że w końcu uda się to zmienić i postawić przed sądem wszystkim mocodawców i „nieznanych sprawców”. Na takie rzeczy nigdy nie jest za późno, ponieważ jest to obowiązek państwa polskiego.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Tomasz D. Kolanek

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2017-10-19)


Gdyby ksiądz Popiełuszko żył, miałby zakaz odprawiania Mszy Świętych

W kilka dni po napadzie na księdza Małkowskiego, bandyta został ujęty i doprowadzony do prokuratury. Ksiądz złożył zeznania i opowiedział co i jak, na koniec rozpoznał sprawcę – a prokuratura błyskawicznie umorzyła śledztwo.

Ostatecznie wznowiono je później i po nagłośnieniu całej historii oraz protestach wielu środowisk zajęto się sprawą, ale to pierwsze postanowienie, kuriozalne u samych podstaw, oznaczało nie mniej, nie więcej, jak tylko tyle, że według prokuratury ksiądz Stanisław Małkowski jest mitomanem i kłamcą.

Oznaczało, że wymyślił sobie napad na samego siebie, świadomie wprowadził w błąd organa ścigania – a zatem za swój czyn powinien odpowiedzieć przed sądem – i w dodatku zrobił to tak podstępnie, że zadał sobie liczne ciosy w twarz, brzuch i plecy, których ślady były widoczne jeszcze wiele tygodni później.

Czy jest możliwe, by legendarny kapelan Solidarności i przyjaciel błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki był tak cyniczny, by wymyślić to wszystko i jeszcze oskarżyć o napaść niewinnego człowieka, byłego więźnia, którym wcześniej się opiekował i któremu bezinteresownie pomagał?
Po co miałby to robić i czemu miałoby to służyć?
Czy na bazie logiki i zdrowego rozsądku ktokolwiek o zdrowych zmysłach byłby w stanie uwierzyć w tak absurdalną wersję zdarzeń?
Prokuratura dla Warszawy – Pragi Południe uwierzyła. A przynajmniej tak wskazywało prokuratorskie postanowienie, które otrzymał ksiądz Stanisław Małkowski, informujące o umorzeniu postępowania i wypuszczeniu na wolność oprawcy – z braku dowodów winy.

Tu już nie trzeba było szukać skojarzeń ze sprawą księdza Jerzego Popiełuszki – skojarzenia same się narzucały. Mechanizm sprowadzający się do podważania wiarygodności i reputacji, a następnie osaczenia i prześladowania przy pomocy kryminalistów w przypadkach obu księży sprawdzał się doskonale. Kolejnym wspólnym elementem była marginalizacja i odsuwanie kapłanów od Kościoła poprzez zakaz odprawiania mszy świętych.

Niewiele osób wiedziało, że nie tylko ksiądz Małkowski, ale także ksiądz Jerzy Popiełuszko miał zakaz odprawiania Mszy Świętych – a wiedziało o tym niewielu, bo zakaz ten został wprowadzony tuż przed śmiercią księdza Jerzego. Świadczy o tym szereg relacji, w tym wypowiedź Hanny Grabińskiej, profesor zaprzyjaźnionej z księdzem Popiełuszką, z którą rozmawiałem w 2014.
„Po powrocie z Anglii zamieszkałam w Warszawie i przylgnęłam do kościoła św. Krzyża, gdzie pracowałam i skąd zostałam zaproszona do pracy w przedszkolu przy ulicy Wyspiańskiego na Żoliborzu. Ktoś powiedział, że jest osoba, która zna język angielski i dalej już poszło. Kiedy nastał ksiądz Jerzy i zobaczyłam, jak odprawia Msze Święte, byłam już w Solidarności. Pracowałam wtedy, jako wykładowca angielskiego dla doktorantów i postanowiłam zająć się szkołami na terenie Mazowsza, a że jako pracownik PAN miałam wiele godzin wolnych, z tym większym zaangażowaniem włączyłam się w dzieło tworzone przez księdza Jerzego. Zgłosiłam się do niego z olbrzymią masą znaczków o Solidarności, które w tam-tym czasie były zbierane i od tego tak naprawdę wszystko się zaczęło. To był czas wielkich wydarzeń, próby charakterów i tworzenia wspaniałych postaw, tyle niezwykłych rzeczy się wtedy działo… Ostatni raz widziałam księdza Jerzego we środę, 17 października 1984 roku, po Mszy Świętej o godzinie siódmej. Jechałam do pracy na ósmą i nie mogłam długo rozmawiać, ale tę rozmowę zapamiętam do końca życia.

Ksiądz Jerzy powiedział mi, że miał spotkanie, podczas którego powiedziano mu, że nie będzie już więcej odprawiał Mszy Św. za Ojczyznę ani w ogóle głosił więcej homilii. „Moi przełożeni powiedzieli mi, że wszystko co miałem do powiedzenia na Mszach za Ojczyznę, już powiedziałem i więcej nic już nie powiem, a mszy tych nie będę odprawiał. Dano mi też do zrozumienia, że w ogóle nie powinienem więcej głosić homilii i kazań” – powiedział smutno.

Byłam w szoku i zastanawiałam się, kto mógł wydać taki zakaz, no bo przecież nie ksiądz prałat Teofil Bogucki. Ksiądz prałat był wtedy w szpitalu i ksiądz Jerzy był bardzo osamotniony, codziennie jeździł do szpitala. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego ktoś z przełożonych miałby wydać zakazać księdzu Jerzemu głoszenia homilii i powiedzieć mu, że wszystko, co miał do powiedzenia, już powiedział. Chyba dlatego, że byłam tak zaskoczona, nie dopytałam wtedy księdza Jerzego, kto mógł być tą osoba, która wydała ten absurdalny zakaz. Chciałam później wrócić do tej rozmowy, ale to nie nastąpiło już nigdy, bo dwa później księdza Jerzego uprowadzono. Ale te jego ostatnie słowa, jakie do mnie skierował: „powiedziałem już wszystko, co miałem do powiedzenia i nic już więcej mówić nie będę” zapamiętam do końca życia.

Nie wiem, czy autorem tego zakazu był ksiądz prymas Józef Glemp, ale tak wtedy te słowa odebrałam. Wiem, że na skutek różnych sugestii i podszeptów w tamtym czasie ksiądz prymas odnosił się do księdza Jerzego niezwykle krytycznie, a raz nawet zrobił mu awanturę na ulicy twierdząc, że ksiądz zaniedbuje swoje obowiązki w stosunku do studentów medycyny. Ksiądz Jerzy w odpowiedzi napisał wielkie pismo, bo poczuł się tym zarzutem i także innymi zarzutami, strasznie skrzywdzony. Była wtedy straszna nagonka ze strony wielu osób na księdza Jerzego, które pomawiały go o różne rzeczy. Później okazało się, że wiele z tych osób było do tych strasznych pomówień „inspirowanych” przez SB i jej agenturę.

Gdy dowiedzieliśmy się, że uprowadzono księdza Jerzego, niektórzy na początku przekonywali, by o tym nie mówić i to też było bardzo dziwne, ale wtedy jeszcze tego nie rozumiałam. Poszłam do Seweryna Jaworskiego i mówię mu: „porwali księdza”, a ja ze wszystkich stron słyszę, że nie wolno o tym mówić. Seweryn Jaworski się zerwał i mówi: „jedziemy do prymasa”. Ubrał się i pojechaliśmy. Dojechaliśmy na miejsce, ja zostałam w samochodzie.

Jaworski po bardzo krótkiej chwili wyszedł strasznie zdenerwowany i powiedział: „nie chcieli w ogóle ze mną rozmawiać”. Prymasa nie ma i w ogóle nie ma tu z kim rozmawiać. Mieliśmy wtedy wielkie poczucie osamotnienia i to przez te wszystkie lata właściwie się nie zmieniło, bo prawda o tej zbrodni ukrywana jest po dziś dzień.”
Chyba dopiero po tej rozmowie, którą za zgodą profesor Grabińskiej zarejestrowałem, zrozumiałem słowa księdza Stasia, gdy kiedyś spytałem: gdzie byłby ksiądz Jerzy dziś, gdyby żył? Odpowiedź była równie krótko, co konkretna: odprawiałby msze na Wólce Węglowej – i tyle.

Dopiero później zrozumiałem, co miał na myśli ksiądz Stanisław, ale czego nie chciał wyrazić wprost, bo w takim wypadku musiałby oceniać swoją postawę, jednoznacznie pozytywną, a tego zawsze starał się unikać. Zrozumiałem, że ksiądz Jerzy był człowiekiem z tej samej gliny, co ksiądz Stanisław, nie wchodzącym w żadne układy, nie podlegającym żadnym naciskom, mówiącym zawsze i wszystkim prawdę prosto w oczy i uczciwym do szpiku kości – a tacy ludzie prawie nigdy nie wchodzą na tzw. „ścieżkę kariery”, a już na pewno nie w III RP.
Nie miałem wątpliwości, że podobnie jak w przypadkach recydywistów napadających na księdza Jerzego oraz jego przyjaciół, tak i w przypadku historii księdza Małkowskiego ktoś pilnował sprawy. I robił to dobrze, fvachowo. Fakt, że oba te wydarzenia dzieliło trzydzieści lat, stanowił dla mnie kolejne potwierdzenie, że żyjemy w kraju, w którym historia nie jest historią, lecz czymś, co wciąż trwa.

Najbardziej zdumiewające, a może po prostu najbardziej smutne, w tej historii było jednak co innego: reakcja kurii, a mówiąc ściśle – jej brak. Po prostu zero jakiejkolwiek reakcji na fakt napaści, pobicia i grożenia księdzu Małkowskiemu śmiercią, żadnego oficjalnego stanowiska, czy choćby nieoficjalnego, żadnego jakiegokolwiek gestu solidarności lub troski. Zupełnie tak, jakby tego wydarzenia w ogóle nie było. A przecież przełożeni księdza we wszystkim byli doskonale zorientowani, bo informacja o napaści na księdza odbiła się szerokim echem, wiele osób i środowisk wystosowało apele o wsparcie dla księdza Stasia, do kurii spływały pisma i listy, a poza wszystkim wystarczyło przecież tylko na niego spojrzeć, by zrozumieć, jakich doznał przeżyć. Ksiądz zdawał się umniejszać swoje cierpienie, zachowywać w duchu „wszystko im wybaczam, bo nie wiedzą, co czynią” i w ogóle na ludziach znających go mniej mógł sprawiać wrażenie, że naprawdę jest niezniszczalny. Tak jednak nie było. Czy to wtedy dostrzegłem na tej skale pierwsze pęknięcia? Był tytanem ducha, ale przecież był tylko człowiekiem i w tamtym czasie gasł w oczach. Zauważyłem to nie tylko ja – zauważyli także inni, którzy byli księdza blisko.
Było coś niepojętego i upiornego w tej ciszy ze strony przełożonych księdza i w ogóle w tym wszystkim, coś, co siłą rzeczy kierowało myśli w kierunku tragicznej przeszłości, która jednak nie była przeszłością – lecz czymś, co wciąż trwa.”

Wojciech Sumliński (Facebook)

Fragment nr 5 książki pt. „Ksiądz. Historia zawierzenia silniejszego, niż nienawiść i śmierć”

Premiera – Częstochowa ul. Jagiellońska 67/71, Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II – 19 października g. 17 30
Wojciech Sumliński Sumlinski.pl

Za: Strona prof. Mirosława Dakowskiego (19.10.2017)


“Popiełuszko i Małkowski mają czuć się zlekceważeni i osamotnieni”

Ks. S. Małkowski wg biskupa K. Romaniuka „nie mieści się w strukturach kościoła i jego przemówienia świadczą o tym, że nie zdałby on egzaminu z tolerancji. Dlatego tacy księża jak on nie otrzymują pracy w dużych placówkach kościelnych, aby nie mieli wpływu na duże masy ludzi”.

“Materiały obejmowały ponad dziewięćset stron dokumentów opatrzonych klauzulą najwyższej tajności: notatek służbowych, stenogramów z podsłuchów, materiałów z obserwacji i raportów z tajnych przeszukań. Już tylko pobieżna analiza pozwalała na ustalenie, że materiały ze sprawy kryptonim „Godot” – bo taki właśnie kryptonim nadano sprawie operacyjnego rozpracowania księdza Stanisławowa Małkowskiego – dotyczą nie tylko samego kapłana, ale także jego najbliższych.

Ks. S. Małkowski wg biskupa nie mieści się w strukturach kościoła i jego przemówienia świadczą o tym, że nie zdałby on egzaminu z tolerancji. Dlatego tacy księża jak on nie otrzymują pracy w dużych placówkach kościelnych, aby nie mieli wpływu na duże masy ludzi.

Setki stron dokumentów wskazywały, że w tej potężnej operacji inwigilacyjnej brały udział dziesiątki funkcjonariuszy SB – wszystkie te elementy wskazywały, że była to jedna z większych operacji pod względem czasu trwania i zakresu użytych sił w schyłkowym okresie PRL-u. Zastanawiałem się, jakich efektów oczekiwali inicjatorzy operacji prowadzonej w odniesieniu do księdza, którego głównym obowiązkiem stało się odprawianie mszy pogrzebowych w kościele przy warszawskim cmentarzu? Tak naprawdę jednak bardziej niż na czytanie nastawiłem się na analizowanie materiałów opatrzonych klauzulą tajności, które – jak sądziłem – miały pozwolić mi zobaczyć księdza takim, jakim widziały go oczy bezprawia ubranego w pozory prawa – oczy oprawców z SB. Czy mogłem przypuszczać, że to, co znajdę, będzie aż tak przytłaczające? Nie było bowiem takiego elementu brudnej gry ani takiej podłości, których by księdzu darowano.

Notatki i meldunki dotyczące Stanisława Małkowskiego co i rusz nawiązywały do „inspirowania”, „izolowania” czy „kompromitowania” kapłana, którego całą winę stanowiło to, że starał się być głosem ludzi, którzy w tamtym czasie nie mieli prawa głosu. Jako cel rozpracowania określono „doprowadzenie do przerwania i neutralizacji wrogiej działalności ks. Małkowskiego”.

„Rozpracowanie” rozpoczęto od powołania „grupy specjalnej”, której pierwszym sukcesem było to, iż „w grudniu ‘82 r. kanclerz kurii polecił rektorowi kurii św. Anny niedopuszczanie figuranta do odprawiania mszy i głoszenia kazań, a na początku lutego br. bp Romaniuk polecił ks. Małkowskiemu zastąpić ks. Królika w prowadzeniu pracy duszpasterskiej w szpitalu przy ul. Kondratowicza w W-wie.”

Ostatnie zdanie tylko pozornie wyglądało jak „docenienie” księdza Stanisława, który po kilku latach tułaczki, bez stałego przydziału, wreszcie takowy otrzymał. W rzeczywistości, jak pokazały kolejne meldunki, chodziło o „uziemienie” księdza w szpitalu, tak, by miał jak najwięcej obowiązków i jak najmniej czasu na „działalność antypaństwową”.

O „odpowiednie dociążenie” księdza obowiązkami mieli zadbać szpitalni TW, ludzie na wysokich szpitalnych stołkach. Podobnemu, a w tym przypadku może nawet bardziej dosłownemu „uziemieniu” służyło w tym samym czasie skierowanie księdza do odprawiania mszy pogrzebowych na Cmentarzu Północnym na Wólce Węglowej. Miało to już do reszty pozbawić go wolnego czasu i definitywnie przekierować na boczny tor. Z dokumentów wynikało, że taki scenariusz napisano w SB: „Ponieważ zakładano, iż ks. Małkowski nie posiadając stałego miejsca zatrudnienia, może swobodnie dysponować czasem, zainspirowano rozmowę z przedstawicielami Kurii Warszawskiej w Wydziale ds. Wyznań, skutkiem której było skierowanie w 1983 r. ks. Małkowskiego do pracy w charakterze kapłana na Cmentarzu Komunalnym Północnym”.

Przełożeni księdza Małkowskiego jedynie go wykonali, za to z takim pietyzmem, zaangażowaniem i perspektywą, że koniec końców ksiądz Staś pozostał przy tym cmentarzu na następne 35 lat. A jednak wszystkie te działania nie przyniosły oczekiwanego skutku. Pokazały to następne karty tajnego archiwum. Okazało się, że zarówno w szpitalu, jak i na Wólce Węglowej ksiądz Stanisław robił to, co do niego należało, a nawet więcej, i trudno było się do czegoś przyczepić.

Jednocześnie jednak znajdował czas, by zajmować się innego rodzaju działalnością duszpasterską czy społeczną. Z dokumentacji sporządzonej przez oficera SB Ludwika Adacha, odpowiedzialnego za „zneutralizowanie” niepokornego kapłana, wynikało, że sytuacja ta doprowadzała do szewskiej pasji zarówno jego samego, jak i przełożonych. Fakt ten (skierowania do posługi przy Cmentarzu Północnym – przypis WS) jednak nie ograniczył wrogiej działalności figuranta. Zacieśnił on kontakt z ks. Jerzym Popiełuszką, uzyskując możliwość odprawiania mszy w kościele św. Stanisława Kostki w każdą niedzielę o godz. 19-tej – odnotował z widocznym rozczarowaniem Ludwik Adach.

W całej tej sprawie było coś irracjonalnego, co wymykało się logice i czego nie potrafili zrozumieć oficerowie SB: im bardziej księdzu „dokręcano śrubę”, tym bardziej angażował się w działalność publiczną i patriotyczną. Był żywym potwierdzeniem słuszności reguły: „masz mało czasu? – weź dodatkowe zajęcia”. I robił swoje. Działania podjęte przez SB „góra” uznała za „zbyt opieszałe” i postanowiła zająć się „problemem Małkowskiego” na poważnie. Kolejne karty pokazywały, jak służby specjalne PRL – u planowały się do tego zabrać.
Konieczne jest kontynuowanie rozpracowania figuranta w oparciu o następujące kierunki:

1. Zintensyfikować działania operacyjne zmierzające do zmuszenia kierownictwa kurii warszawskiej do zajęcia radykalnego stanowiska wobec ks. Małkowskiego.
2. Zintensyfikować wielokierunkowe działania dezintegracyjne zmierzające do skompromitowania ks. Małkowskiego w jego środowisku kurialnym jako kapłana.
3.Dodatkowo sprawdzić, czy ks. Małkowski jest homoseksualistą.

Przy pomocy t. w. trzeba to sprawdzić i jeśli tak – zdobyć na niego kompr. materiał tego typu. (…)

Jednocześnie należy kolportować opinie, że ma opinię maniaka niezrównoważonego psychicznie, akceptowanego tylko przez nielicznych księży, a przede wszystkim przez podobnych jak on wrogo ustosunkowanych do ustroju PRL-u.

Neutralizacja poczynań ks. Małkowskiego powinna zmierzać w kierunku całkowitej kompromitacji i izolacji figuranta przede wszystkim w środowisku kleru i osób mu najbliższych. W celu doprowadzenia do tej izolacji ks. Małkowskiego i neutralizacji jego wrogiej działalności w środowisku kleru oraz ograniczenie jego powiązań z grupami antysocjalistycznymi planuje się:

a. wykorzystać uzyskane materiały do rozmów przez nas zainspirowanych, a prze-prowadzonych przez władze wyznaniowe z przedstawicielami kurii warszawskiej, doprowadzając do ograniczenia, a nawet uniemożliwienia figurantowi wykorzystywania ambony do swoich celów
b. wykorzystania operacyjnego wypowiedzi potwierdzających niezrównoważenie psychiczne i brak odpowiedzialności figuranta
c. opracowania materiału w ramach działań specjalnych zmierzających do pogłębienia izolacji ks. Małkowskiego w środowisku kleru warszawskiego i podważenia zaufania do jego wiedzy teologicznej.

Kontynuowanie działań „D”, których celem będzie ośmieszenie działalności figuranta, dalsze kompromitowanie jego osoby wśród kleru i środowiska oraz podważanie jego kompetencji w podejmowaniu działalności politycznej, będą prowadzone wielotorowo, z uwzględnieniem wykorzystania możliwości tajnych współpracowników, szczególnie usytuowanych w kurii lub mających dostęp do pracowników kurii i wpływ na nich. Źródła zostaną wytypowane w porozumieniu z tow. Jóźwikiem, a poszczególne zadania omówione z pracownikami prowadzącymi.”

Następne karty uzupełniały zakres planowanych i już podjętych działań o uaktywnienie „elementów kryminalnych” jako źródła nacisku na księdza Małkowskiego oraz o aktywizowanie tajnego współpracownika pseudonim „Jankowski” jako osoby mającej dostęp do księdza. Niszczenie reputacji w oczach przełożonych i opinii publicznej, dorabianie „gęby” szaleńca i homoseksualisty, totalna marginalizacja w środowisku, osaczanie agenturą – także tą ulokowaną w kościele, jak TW „Jankowski” – ksiądz Michał Czajkowski, w owym i późniejszym czasie „autorytet moralny” i jeden z najbardziej medialnych księży w Polsce – całodobowa inwigilacja, podsłuchy telefoniczne (PT) i pokojowe (PP), permanentne wezwania na przesłuchania, które w każdej chwili mogły zakończyć się aresztowaniem, zastraszanie i osaczenia bliskich oraz sąsiadów, „zmiękczanie” poprzez napaści bojówek złożonych z recydywistów – wszystkie te działania razem wzięte, podjęte przez SB, miały siłę rażenia bomby atomowej.

Wiedziałem, że w większości przypadków wystarczyła już tylko niewielka część podobnych działań, by osiągnąć oczekiwany efekt. Czytając kolejne strony esbeckiej dokumentacji pamiętałem przecież, w jaki sposób „złamano” przyjaciela i ochroniarza księdza Jerzego z Huty Warszawa. Wystarczyło, iż żona hutnika, stewardessa pracująca w Locie na liniach międzynarodowych, została „spisana” do pracy biurowej na ziemi, „bo mąż rozrabia z Popiełuszką”. Zapytała co w tej sytuacji może zrobić. „Wystarczy, że mąż napisze jedną jedyną notatkę z jednego spotkania i odczepiamy się, a ty wracasz na linie międzynarodowe” – usłyszała w odpowiedzi. Pozostanie tajemnicą, jakich argumentów użyła pani, by pan napisał „jedną jedyną” notatkę. A jak już ją napisał, w kolejnych miesiącach musiał pisać po kilka tygodniowo. A pani istotnie wróciła na linie międzynarodowe. Historia jakich wiele, ludzi „łamano” różnymi metodami – tak to się wtedy odbywało.

Wiedząc o tym i znając dobrze wyrafinowane metody łamania kolejnych linii obrony figurantów przez służby specjalne – tak dobrze, że chyba już nie chciałem poznawać lepiej – nie miałem słów podziwu dla odporności księdza Stanisława, który wszystkie represje przyjmował ze stoickim spokojem, pozwalając sobie od czasu do czasu nawet na ironię. Kiedy więc Wojciech Jaruzelski obwieścił w jednym z wystąpień, że społeczeństwo polskie żyje ponad swoje możliwości, ksiądz dał na to publiczną ripostę, mówiąc, że jest w tym źdźbło prawdy, bo „istotnie tolerowanie rządów takiej władzy i samego generała Jaruzelskiego zdecydowanie przekracza możliwości Polaków”, co oczywiście zostało zarejestrowane przez SB i ludziom na wysokich stołkach znów podniosło ciśnienie o kilka kresek.

Prawda była jednak taka, że w tamtych realiach nie było powodu do żartów. Wykorzystywanie „elementów kryminalnych”, czyli mających immunitet bezkarności bandytów, jako źródła nacisku na księdza, mogło stanowić śmiertelne niebezpieczeństwo. Kto bowiem dałby gwarancję, że ludzie ci, przy świadomości bezkarności, zatrzymają się na wybijaniu szyb i nie pójdą krok dalej? Równie groźne – a potencjalnie nawet groźniejsze – były przeszukania mieszkania księdza i jego matki dokonywane pod nieobecność właścicieli.

Miałem świadomość, jak to się odbywało i zresztą nadal odbywa, bo w tym akurat zakresie niewiele się zmieniło. Członkowie tzw. ekipy realizacyjnej, którzy wchodzą do mieszkania – otwarcie zamków to najmniejszy problem – mogą zrobić tam absolutnie wszystko. Założyć podsłuch, zostawić materiały wskazujące na pedofilię figuranta, które ktoś zaraz „odkryje” – pełna dowolność ograniczona jedynie tym, co chcą osiągnąć. Czytając dokumentację, którą miałem przed sobą, pamiętałem przecież, że w mieszkaniu księdza Popiełuszki, zanim go zabito, „znaleziono” broń.

Co mogli „znaleźć” w mieszkaniu „homoseksualisty Małkowskiego”? Absolutnie wszystko. Zrobić z niego pedofila nie byłoby trudne, bo przecież od dawna pracowano nad wyrobieniem mu wizerunku „maniaka niezrównoważonego psychicznie”. Oczywiście zawsze można było postąpić tak, jak z księdzem Jerzym, czyli – jak to subtelnie ujął kapitan SB Grzegorz Piotrowski podczas „Procesu Toruńskiego” – „zadziałać na granicy zawału serca” i pamiętałem, że także w odniesieniu do księdza Stasia taki plan przecież istniał. Na tamten moment nie został zrealizowany tylko z jednego powodu – po prostu sądzono, że na to jest jeszcze czas.

Później, już po zbrodni dokonanej na księdzu Jerzym, uznano, że zamordowanie kolejnego księdza, w dodatku przyjaciela Popiełuszki, niedługo po śmierci jego samego, z pewnością przykułoby uwagę międzynarodowej opinii publicznej. Z punktu widzenia pragmatyki SB to nie było dobre rozwiązanie. O ileż skuteczniej byłoby pozostawić figuranta żywym – ale de facto „martwym”. Lepiej mieć odesłanego na boczny tor, a tym samym zneutralizowanego „szaleńca” czy kolejnego męczennika? Żyłem dość długo na tym świecie, by nie pytać o sprawy oczywiste i nie stawiać kropek nad „i”. Z dokumentów, które miałem przed sobą, wynikało, że obok kilku innych, bardziej radykalnych, ale wzbudzających większą uwagę, także ta opcja – zakładająca totalną marginalizację księdza – była na stole. I to z tej właśnie opcji postanowiono ostatecznie skorzystać.

Następne karty – w tym opatrzona klauzulą „tajne specjalnego znaczenia” „Koncepcja działań w sprawie operacyjnego rozpracowania kryptonim Godot” wyjaśniały, jak zamierzano przystąpić do rzeczy.

“W porozumieniu z Wydziałem Kryminalnym DUSW Warszawa-Praga-Południe:
– Dokonać rozpoznania co do możliwości wykorzystania elementów kryminalnych, mających na celu kompromitację figuranta.
– Wykorzystać informacje wyprzedzające dotyczące wyjazdu figuranta na teren innych województw w celu uzgodnienia z właściwymi jednostkami Wojewódzkich Urzędów Spraw Wewnętrznych działań zmierzających do kompromitacji ks. Małkowskiego, bądź też jego izolacji na danym terenie. Włączyć do tych działań Wy-dział IV Departamentu IV MSW.
– Doprowadzić do konfliktu między ks. Małkowskim a pracownikami fizycznymi i administracyjnymi Cmentarza Komunalnego Północnego celem skompromitowania wymienionego jako duszpasterza. Konflikt i incydent wykorzystać do utwierdzenia negatywnych o nim opinii wśród księży diecezji warszawskiej
– Zainspirować listową akcję do osób związanych z figurantem, biskupów, Wydziału Finansowego Urzędu Miasta itp., iż ks. Małkowski, działając w ramach „Bractwa Chrystusowego” oraz „Gaudium Vitae”, dopuszcza się nadużyć finansowych.
– Poddać analizie artykuły, wywiady, publikacje wymienionego celem wyłączenia z nich materiałów, w których podważa autorytet prymasa i biskupów. Informacje te kolportować w środowisku księżowskim, a zwłaszcza związanym z Kurią.
– Zainspirować akcję protestacyjną w związku z treścią wrogich kazań, kierowaną zarówno do władz państwowych, politycznych, administracyjnych, prokuratorów, jak też księży i biskupów.
– Przez Wydział do Wyznań Miasta Stołecznego Warszawy wykazywać w rozmowach z biskupami szkodliwą działalność ks. Małkowskiego. Wywierać nacisk, by pozbawić go prawa głoszenia kazań /misji kanonicznej/.
– W porozumieniu i współudziale Departamentu IV MSW spowodować, aby spra-wa ks. Stanisława Małkowskiego była przedmiotem rozmów przedstawiciela Urzędu ds. Wyznań z arcybiskupem Dąbrowskim.
– Zainspirować Prokuratora Wojewódzkiego do wystosowania pisma do ordynariusza diecezji warszawskiej zawierającego informacje o grożących ks. Małkowskiemu konsekwencjach. Z treści pism powinno również wynikać, iż Prokurator ro-zumie status figuranta oraz pozycję ordynariusza jako głowy Kościoła i dlatego prosi o podjęcie stosownych działań. Brak efektu zmusi go do podjęcia zgodnych z prawem decyzji.”

W dalszej części materiałów zachowała się informacja pokazująca następny etap podjętych przez SB działań. Jednak to, co w niej najbardziej przykuło moją uwagę, co było doświadczeniem wstrząsającym, a zarazem trudnym do przyjęcia, to reakcja przełożonych księży Małkowskiego i Popiełuszki – reakcja pokazująca jednoznaczne odcięcie się kurii od obu kapłanów.

“Warszawa, dnia 18.06.1984 r.
Tajne
Egz. nr 1
NACZELNIK WYDZIAŁU i DEPARTAMENTU IV
MINISTERSTWA SPRAW WEWNĘTRZNYCH

INFORMACJA
dotyczy sprawy operacyjnego rozpracowania krypt. „Godot”, nr ew. 25448 na ks. Stanisława Małkowskiego.

W dniu 13.06.br. I Wiceprezydent m. stołecznego Warszawy S. Bielecki przeprowadził rozmowę z bpem K. Romaniukiem, w której udział brali Dyr. Wydz. ds. Wyznań J. Śliwiński oraz kanclerz kurii ks. Z. Król.

W trakcie rozmowy poruszono m.in. temat zaangażowania się niektórych warszawskich księży, m.in. ks. S. Małkowskiego, J. Popiełuszki, L. Kantorskiego w akcję anty-wyborczą, a więc przeciwko państwu i ustrojowi PRL-u. Twierdzenie to zilustrował prezydent przykładem z kazań ks. Małkowskiego i Popiełuszki.
Prezydent przedstawił w tym punkcie rozmowy wniosek, aby kuria spowodowała wyeliminowanie ataków księży na władzę, wybory i ustrój PRL-u jako sprzeczne z obowiązującym porządkiem prawnym i zakłócającym wzajemne stosunki między państwem a kościołem.

Bp K. Romaniuk oświadczył, że ks. Małkowski, ks. Popiełuszko i im podobni nie reprezentują stanowiska kościoła. Kościół bowiem nie atakuje władzy, zaś nieliczne przypadki nieodpowiedzialnych zachowań duchownych są przedmiotem troski kurii, a nawet samego prymasa, który z wymienionymi księżmi kilkakrotnie rozmawiał.
Prymas jednak nie chce w stosunku do nich wyciągać sankcji kanonicznych, gdyż zrobiłoby to im reklamę i zostałoby wykorzystane do jeszcze większego stopnia nie-pokoju społecznego.
Kuria stoi na stanowisku, że skuteczniejszym działaniem w stosunku do tych księży jest ich lekceważenie, aż poczują się bardziej samotni.

Ks. S. Małkowski wg biskupa nie mieści się w strukturach kościoła i jego przemówienia świadczą o tym, że nie zdałby on egzaminu z tolerancji. Dlatego tacy księża jak on nie otrzymują pracy w dużych placówkach kościelnych, aby nie mieli wpływu na duże masy ludzi.
Biskup Romaniuk obiecał na zakończenie, iż postulat Prezydenta w powyższej sprawie przekaże prymasowi.

W dniu 16 bm. Prokurator Wojewódzki w Warszawie wydał postanowienie o wyłączeniu do odrębnego prowadzenia materiały ze śledztwa przeciwko Małgorzacie Szeskiej i innym w stosunku do m.in. ks. Stanisława Małkowskiego. Prowadzone czynności śledcze zmierzać będą do udowodnienia wymienionemu popełnienia przestępstwa z art. 194 i 270 KK. Wydział Śledczy SUSW wystąpił do prokuratury wojewódzkiej z wnioskiem przedstawienia ks. Małkowskiemu zarzutów i zastosowaniu środka zapobiegawczego w formie tymczasowego aresztowania.

Mjr L. WOLSKI”

Czytając ten materiał nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Przesłanie przełożonych księży Popiełuszki i Małkowskiego było jasne: mają być lekceważeni i czuć się osamotnieni. Grunt pod ostateczne rozwiązanie tzw. „problemu Popiełuszki i Małkowskiego” został przygotowany. Trwające od miesięcy działania SB, realizującej wytyczne ludzi na wysokich stołkach, dobiegały końca. SB udało się doprowadzić do tego, że obaj przyjaciele samotnie zmierzali ku swemu przeznaczeniu, które w obu przypadkach było zupełnie inne – w obu jednak tragiczne.”
CDN.

Fragment nr 3 książki pt. „Ksiądz. Historia zawierzenia silniejszego niż nienawiść i śmierć”. Premiera – Częstochowa, Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II ul. Jagiellońska 67/73, 19 października godz. 17 30.

Wojciech Sumliński
sumlinski.pl

Za: Strona prof. Mirosława Dakowskiego (18.10.2017)


CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tekst  wzięty  z  http://www.bibula.com/?p=97735

716 total views, 1 views today

(Visited 1 times, 1 visits today)