Paweł Sonisz

fot: YouTube fot: YouTube

Ukraina wydała zakaz wjazdu znanemu polskiemu naukowcowi, historykowi i badaczowi wzajemnych stosunków. Ta sprawa to ostatni dzwonek alarmowy. Jeżeli Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie podejmie zdecydowanej interwencji, będzie to oznaczało, że Ukraińcy mogą wejść nam na głowę. A nawet więcej – na głowę już nam weszli, a teraz zaczynają tam… sikać.

Zakazy wjazdu na Ukrainę dla obywateli Rzeczpospolitej Polskiej wydawane przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy to już rutyna w działalności tego państwa. Właśnie nadeszła informacja o kolejnej takiej represji – tym razem na teren naszego „strategicznego partnera na wschodzie” nie został wpuszczony prof. zw. dr hab. Czesław Partacz – pracownik naukowy Wydziału Humanistycznego Politechniki Koszalińskiej, specjalizujący się w historii stosunków polsko-ukraińskich w XX w. Przedmiotem jego badań jest m.in. ludobójstwo wołyńskie – w 2013 r. wspólnie z dr Lucyną Kulińską opublikował książkę pt. Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich na Polakach w latach 1939–1945: ludobójstwo niepotępione. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że to właśnie ta praca naukowa stała się powodem ukraińskiej szykany.

Prof. Czesław Partacz przebywał w sanatorium w Iwoniczu-Zdroju. Stamtąd postanowił się wraz z żoną wybrać do Lwowa, w biurze turystycznym wykupił wycieczkę. Na granicy jednak został zatrzymany. Wręczono mu decyzję o zakazie wjazdu, a do paszportu wbito pieczątkę z informacją, iż obowiązuje on do 11 maja 2020 r. Zajmuję się ich umiłowanym Banderą i ludobójstwem. Piszę bardzo krytycznie, ale prawdziwie. Ostatnio popełniłem też kilka artykułów o współczesnej Ukrainie, o ich mafii, korupcji, dziadostwie itd. I widocznie któryś z członków Związku Ukraińców w Polsce mnie po prostu zakapował, bo oni pełnią rolę szpiegów w Polsce. Zakapował mnie do ich służby bezpieki i wpisali mnie na czarną listę. Prawdopodobnie zostałem uwalony za to, że piszę krytycznie o ich banderyzmie, neobanderyzmie i o ich państwie – komentował na gorąco prof. Czesław Partacz (cytat za tekstem Anny Wiejak z portalu Prawy.pl)

Warto podkreślić, że jest to kolejny zakaz wjazdu wydany obywatelowi Rzeczpospolitej Polskiej przez Ukrainę – jako szykana za działalność naukową, publicystyczną lub społeczną prowadzoną w Polsce i zgodnie z polskim prawem. W maju tego roku identyczny zakaz otrzymał Zdzisław Koguciuk – w stanie wojennym działacz podziemnej Solidarności w Lublinie, potomek ofiar ludobójstwa wołyńskiego. On z kolei „podpadł” Służbie Bezpieczeństwa Ukrainy tym, że stanął na czele społecznego komitetu budowy pomnika ofiar ludobójstwa na Wołyniu w Lublinie. Wiadomo, że zakaz wjazdu na Ukrainę posiada m.in. niezłomny kapłan, a także działacz społeczny, pisarz i komentator ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. W 2013 r. zakaz taki otrzymał publicysta „Warszawskiej Gazety” Marcin Hałaś. Objęty jest nim również Janusz Korwin-Mikke – eurodeputowany, co zakrawa już na głęboką paranoję. Oto Ukraina deklaruje, że dąży do integracji z Unią Europejską, a równocześnie zakazuje wjazdu na swoje terytorium demokratycznie wybranemu posłowi do Parlamentu Europejskiemu, któremu z racji sprawowanej funkcji przysługuje paszport dyplomatyczny. W żadnej z tych spraw Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP nie podjęło zdecydowanej i ostrej interwencji – zarówno za czasów rządów Platformy Obywatelskiej, jak i PiS-u.

A interwencja taka z pewnością przyniosłaby skutek. Dowodzi tego przypadek prezydenta Przemyśla Roberta Chomy, któremu odmówiono wjazdu na Ukrainę w styczniu tego – powodem było najprawdopodobniej zorganizowanie legalnego Marszu Orląt Przemyskich. Paradoksalnie – prezydent Choma wielokrotnie był krytykowane przez polskie środowiska kresowe za zbytnią spolegliwość wobec ukraińskich żądań w Przemyślu. Wystarczyła jednak medialna wrzawa i fakt, że przedstawiciele MSZ RP oraz posłowie Prawa i Sprawiedliwości odmówili przyjazdu na X Forum Europa – Ukraina w Rzeszowie, aby Ukraińcy stulili uszy i cofnęli Chomie zakaz wjazdu. A przecież ze strony polskiej to nie była oficjalna reakcja dyplomatyczna, a jedynie sygnał dezaprobaty.

Teraz jednak przyszła sprawa prof. Czesława Partacza. Ukraińcy dla dobra wzajemnych relacji powinni się zastanowić, komu tak naprawdę służą takie decyzje – komentuje publicysta „Warszawskiej Gazety” Marcin Hałaś. Wbrew pozorom służą one przeciwnikom polsko-ukraińskiego dialogu. Po każdym zakazie wjazdu dla polskiego naukowca czy pisarza, zapewne na Kremlu otwierają szampana. Bo prof. Czesław Partacz bez wycieczki do Lwowa wytrzyma. Natomiast dla tzw. public relations Ukrainy w Polsce medialny rozgłos wokół tej sprawy jest po prostu szkodliwy. Takie decyzje strony ukraińskiej to bardziej strzał do własnej bramki niż jej obrona.

Czy jednak należy cierpliwie czekać, aż Ukraińcy swoje postępowanie poddadzą refleksji? Nie! Musimy oczekiwać i wymagać od Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP zdecydowanych kroków. Nasuwa się taki scenariusz: MSZ powinno zażądać od ambasadora Ukrainy przekazania spisu polskich obywateli, którzy posiadają obecnie zakaz wjazdu na teren tego państwa (nie jest wykluczone, że zakazów jest znacznie więcej, ale osoby, których dotyczą, nie wiedzą o tym, ponieważ nie próbowały wjechać na Ukrainę). Następnie listę taką trzeba przeanalizować. Oddzielić osoby, wobec których zakaz jest zasadny, np. stadionowych chuliganów, którzy wszczynali burdy podczas meczów na stadionach Ukrainy (oczywiście, jeżeli są takie przypadki). Kolejny krok – notą dyplomatyczną zaprotestować przeciw zakazom wjazdu wobec tych osób, które otrzymały go wskutek działalności naukowej, społecznej i publicystycznej uprawianej na terenie RP. Zażądać zniesienia tego zakazu. A jeżeli nie – wówczas naturalne będą retorsje. Jeżeli Ukraina zakazuje wjazdu prof. Czesławowi Partaczowi, Polska może uznać za persona non grata np. szefa ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyra Wiatrowycza, który uprawia negacjonizm wołyński. Albo dziennikarzy i publicystów ukraińskich, twierdzących, że Przemyśl, w tym tzw. Zasanie to etniczne ziemie ukraińskie, znajdujące się pod polską okupacją. Tylko uprzedzamy stronę ukraińską: to może waszych kozaków boleć.

Takie działania wymagają jednak spełnienia jednego warunku: minister Witold Waszczykowski wreszcie musi pokazać, że ma – mówiąc trywialnie – jaja. Chociaż tak naprawdę chodzi nie tyle o jaja Waszczykowskiego, co o polityczną decyzję oraz wolę liderów Prawa i Sprawiedliwości. Oni muszą zrozumieć, że z prawdziwym partnerstwem mamy do czynienia wówczas, kiedy partnerzy się szanują. A szanuje się silnych. Jest takie dziecięce powiedzenie: „Wejść komuś na głowę i tam nasikać”. Ukraińcy już nam na głowę weszli. Minister Waszczykowski ma ostatnią szansę na reakcję, która pokaże im, że nie należy nam na głowę również fekować. Bo jak celnie podsumował prof. Czesław Partacz: My tu w Polsce sobie gadamy, że Ukraina to jest UPAdlina, państwo nieistniejące, które jest w upadku itd., a okazuje się, że to państwo działa, w przeciwieństwie do państwa polskiego. Trzeba będzie więc coś zrobić, ale patrząc się na te nasze władze, obojętne czy rządzi Platforma, czy rządzi tu PiS, wszyscy mają taki sam stosunek. Kijów pluje nam na głowę w sytuacji kiedy jest bankrutem kompletnym, a co by było, gdyby był na takim poziomie ekonomicznym jak my?

Tekst  wzięty  z  https://warszawskagazeta.pl/kraj/item/5215-kiedy-ukraincy-wejda-nam-na-glowe