Piotr Lewandowski

fot; YT fot; YT

I. Patron trzeciej władzy

W przedstawionych przez Andrzeja Dudę założeniach do ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa wyraźnie widać podstawową tendencję: o ile zawetowane ustawy PiS-u znacząco zwiększały zakres uprawnień ministra sprawiedliwości, o tyle zaprezentowane właśnie projekty poszerzają w ogromnym stopniu prerogatywy prezydenta, czyniąc go niejako arbitrem na linii parlament–sądownictwo i kimś w rodzaju „patrona trzeciej władzy”.

Jeśli chodzi o projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, nie jest najgorzej. Sędziowie mają przechodzić w stan spoczynku w wieku 65 lat – z możliwością dwukrotnego zwrócenia się do prezydenta o przedłużenie orzekania na okres 3 lat. Maksymalnie mogliby zatem odwlec przeniesienie w stan spoczynku o 6 lat, do ukończenia 71 roku życia – dziś wiek „emerytalny” wynosi 70 lat z opcją przedłużenia o 2 lata za zgodą I Prezesa SN. W obecnej sytuacji oznacza to wygaszenie kadencji ok. 40 proc. sędziów SN – 29 już ukończyło 65 lat, zaś kolejnych dwoje (w tym prezes Małgorzata Gersdorf) wejdzie w wiek emerytalny w tym roku. Jednolity wiek emerytalny dla obu płci jest ewidentną odpowiedzią na zarzuty Timmermansa, który uznał zróżnicowanie pod tym względem za „dyskryminację”. Pozostaje pytanie, jak w tym kontekście przedstawia się kwestia kadencji prof. Małgorzaty Gersdorf (piastować ma swą funkcję do 2020 r.). Czy w przypadku uchwalenia ustawy w obecnym kształcie prezydent Duda nie skorzysta ze swych uprawnień, by przedłużyć jej okres orzekania… W każdym razie mamy tu projekt znacząco łagodniejszy od wcześniejszych rozwiązań, wg których kadencja sędziów SN wygasała natychmiast, za wyjątkiem wskazanych przez ministra sprawiedliwości.

Kolejny punkt to powołanie Izby Dyscyplinarnej SN, co jest zgodne z wcześniejszymi zamiarami PiS-u – tu kontrowersji nie ma, potrzebę powołania takiego organu widzi chyba każdy poza samymi sędziami. Dodatkowo dobrym pomysłem jest udział czynnika społecznego, czyli ławników zgłaszanych przez obywateli lub organizacje społeczne, a wybieranych przez senat na czteroletnią kadencję. Wątpliwości budzi jedynie możliwość ustalania liczby ławników przez Kolegium Sądu Najwyższego – znając niechęć sędziów do kontroli społecznej i pogardę środowiska prawniczego dla „amatorów” spoza branży, można się spodziewać prób ograniczania liczby ławników i dobierania sobie tych najbardziej „posłusznych”.

No i wreszcie postulat powołania Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, rozpatrującej skargi nadzwyczajne – czyli rodzaj specjalnej instytucji odwoławczej od prawomocnych orzeczeń sądów, w przypadku gdy te w ocenie skarżącego w sposób rażący naruszyły prawo. Tu jednak wymagani będą pośrednicy, czyli m.in. Prokurator Generalny, Rzecznik Praw Obywatelskich oraz inne urzędy w zakresie swych właściwości lub grupa 30 posłów bądź 20 senatorów – najprawdopodobniej zatem wspomniane instytucje będą pełniły funkcję „sita” selekcjonującego wstępnie skargi. W Izbie Kontroli Nadzwyczajnej również zasiadać będą ławnicy.

Podsumowując ten element reformy – z grubsza jest pozytywnie, choć z pewnością nie tak radykalnie, jak proponował zawetowany projekt Ministerstwa Sprawiedliwości.

II. Obrońca „nadzwyczajnej kasty”

Na tym jednak plusy się kończą, bowiem projekt ustawy o KRS trudno ocenić inaczej niż jako sabotaż – a to właśnie KRS jest organem decydującym o doborze sędziowskich kadr, natomiast z kolei kadry – że zacytuję klasyka – „decydują o wszystkim”. Przede wszystkim prezydencki projekt podtrzymuje zaporową większość wyboru członków KRS przez sejm – 3/5 głosów. Takiej większości PiS nie ma i mieć nie będzie, a na współpracę któregokolwiek z ugrupowań opozycyjnych trudno liczyć. Co więcej, inicjatywa prezydenta zakłada, że w przypadku niemożności wyboru przez sejm, członków KRS wskaże spośród kandydatów prezydent – rzecz w tym, że takie rozwiązanie wymaga zmiany konstytucji. Nawet zakładając, że PiS zgodziłoby się na propozycję prezydenta, zwyczajnie nie uzbiera niezbędnej do nowelizacji ustawy zasadniczej większości 2/3 głosów. Co więcej, prezydent zagroził, że w przypadku dokonania przez sejm znaczących zmian w projekcie, znów zawetuje ustawę. Czyli mamy ewidentną obstrukcję – pod pozorem chęci reformy zaproponowane rozwiązania są w praktyce nie do przeforsowania. A więc trzon sędziowskiego establishmentu pozostanie nienaruszony. W tej sytuacji „prodemokratyczny” pomysł zgłaszania kandydatów przez grupy 2 tys. obywateli jest pustą błyskotką.

I tu mamy dwa aspekty wspomnianego wyżej pozycjonowania się Andrzeja Dudy w roli arbitra i patrona władzy sądowniczej – formalny i nieformalny. Formalny polega na poszerzeniu prerogatyw prezydenta w postaci wskazywania nominatów do Krajowej Rady Sądownictwa (gdyby jakimś cudem udało się przepchnąć odnośne regulacje prawne). Aspekt nieformalny zaś sprowadza się do prezydenckiego parasola ochronnego nad sędziowską korporacją, polegającego na symulowaniu chęci zmian, a w istocie – obronie status quo. W ten sposób ocalony zostanie najtwardszy rdzeń układu – i mam wrażenie, że właśnie o to chodziło. Duda wyraźnie puszcza tu oko do zasiedziałego prawniczego mainstreamu: jestem po waszej stronie. Ponieważ jednak musiał się pokazać jako zwolennik zmian, więc wykonał gambit – poświęcił (w ograniczonym zakresie) Sąd Najwyższy, by uratować kluczową pozycję, jaką jest KRS. Znamienne są powściągliwe reakcje „totalnie opozycyjnych” mediów z „Wyborczą” na czele, tudzież nagle pojednawczy ton Fransa Timmermansa – oni już wiedzą, że przyczółki zostały obronione.

III. Gra o reelekcję

Na powyższe nakłada się starcie ze Zbigniewem Ziobrą, dążącym do niepodzielnej dominacji nad wymiarem sprawiedliwości. Tu trzeba przypomnieć, że Duda był niegdyś protegowanym Ziobry, który „zdradził” swego protektora, zostając w PiS-ie po secesji Solidarnej Polski. Dziś role się odwróciły – Ziobro jest twarzą próby zaordynowania radykalnej kuracji przeczyszczającej środowisku sędziowskiemu (z błogosławieństwem prezesa Kaczyńskiego), a Duda wszedł w rolę rozbijacza jednolitego dotąd frontu i hamulcowego zmian. Oczywiście, Ziobro przy okazji stara się wzmocnić swą pozycję polityczną i zakres władzy – dążąc wręcz do ręcznego sterowania sądami na wzór prokuratury. Duda natomiast za wszelką cenę nie chce do tego dopuścić, zgłaszając swoje roszczenia do wpływu na wymiar sprawiedliwości – nawet za cenę zablokowania kluczowej reformy i potencjalnie destrukcyjnej wojny domowej w obozie „dobrej zmiany”. Do pełnego obrazu należy jeszcze dodać konflikt z Antonim Macierewiczem i Witoldem Waszczykowskim – czyli próbę „rozepchnięcia się” w ramach konstytucyjnych prerogatyw w obszarach sił zbrojnych i polityki zagranicznej. Słowem, Andrzej Duda, emancypując się z partyjnego gorsetu i wybijając się na niezależność, rozsadza dotychczasową strukturę władzy. Dodatkowo w tle wciąż majaczy 45-minutowa rozmowa z 18 lipca z kanclerz Angelą Merkel, której głównym tematem wg komunikatu rzecznika niemieckiego rządu była kwestia praworządności w Polsce.

Najwyraźniej prezydent uznał, że odium „marionetki” i poplecznika pisowskich „radykałów” stanowi zagrożenie dla jego reelekcji. Postanowił zatem zerwać partyjne wędzidła i rozpocząć własną grę, tyle że będzie potrzebował w niej sojuszników. I właśnie zaczął ich sobie kaptować – na początek wśród „nadzwyczajnej kasty ludzi”, kreując się na odpowiedzialnego i umiarkowanego reformatora, dufny w sondażowe wskaźniki popularności i licząc przy tym na to, że PiS, nie mając wyjścia, poprze jego kandydaturę w 2020 r. Może się przeliczyć, bo jeżeli Jarosław Kaczyński uzna, że Duda zdradził „dobrą zmianę”, to prezydent zostanie bez zaplecza, struktur i pieniędzy – a właśnie tym, a nie ulotnymi słupkami zaufania i poparciem skompromitowanych w oczach społeczeństwa elit wygrywa się wybory. Jak by nie patrzeć, teraz zarówno „totalna opozycja”, jak i zagranica wiedzą, że słabym punktem obozu rządzącego jest Pałac Prezydencki.

Tekst  wzięty  z  https://warszawskagazeta.pl/swiat/item/5217-pol-reforma-dudy-prezydent-zagrozil-ze-w-przypadku-dokonania-przez-sejm-znaczacych-zmian-w-projekcie-znow-zawetuje-ustawe