Tomasz Pernak

fot: pixabay,com fot: pixabay,com

Nie wolno nam dać się przekonać do dalszego „pogłębiania UE”. Niech sobie jadą z tą większą prędkością. Za kilkanaście lat sytuacja demograficzna zacznie się dramatyczne zmieniać, a przybysze nie chcą integrować się ze społeczeństwami Zachodu. Chcą go podbić, bo wiedzą, że kultura liberalna jest słaba i obrzydliwa. To my mamy potężny oręż: rodzinę i Kościół. Nie każdy Polak musi być katolikiem, ale Polska musi być katolicka. Albo jej nie będzie.

Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że Polska pod rządami Prawa i Sprawiedliwości przechodzi największe zmiany po 1989 roku. Mówiąc wprost: projekt budowy państwa neomarksistowskiego, wspólnego pomysłu „filantropów” w rodzaju Sorosa i „intelektualistów” typu Michnika, nie wypalił. Można i trzeba zadać sobie pytanie: dlaczego tak się stało? Po pierwsze do polityki – tej uprawianej zawodowo i tej w sensie dokonywania aktu wyborczego, weszły nowe pokolenia Polaków. Dzisiejszy pięćdziesięciolatek miał w 1989 roku 22 lata; o ile studiował, miał szansę uniknąć patologii socjalistycznej organizacji pracy oraz – korzystając z hojności Republiki Francuskiej, wydającej wizy studentom – wyjechać do Francji (legalnie), a z niej gdziekolwiek indziej w Europie Zachodniej (nielegalnie). Państwa zachodnie wydawały się oazą spokoju i dobrobytu, z rozdętymi systemami socjalnymi, dzięki czemu młodzi Polacy mogli z łatwością znaleźć zatrudnienie w najmniej atrakcyjnych dla tubylców segmentach gospodarki. Z czasem jednak polscy robotnicy pracujący we francuskich winnicach, holenderskich szklarniach i na niemieckich polach szparagów zaczęli dostrzegać tę gorszą stronę „świata samych Pewexów”. Dostrzegli zarysy multikulturowego projektu. Pamiętam własne zdziwienie, kiedy zetknąłem się w Holandii z młodymi Marokańczykami, szydzącymi z symboli i instytucji tejże właśnie Holandii, w której się urodzili i wychowali.

Zaczęliśmy dostrzegać ingerencję instytucji państwowych w rodzinę; znam przypadek, kiedy młody robotnik znalazł się na ulicy po doniesieniu jego własnej żony dotyczącym „przemocy domowej”. Pokłócili się, a w Wielkiej Brytanii, w której obecnie mieszkam, definicja przemocy obejmuje również „przemoc werbalną”. Oczywiście kłótnie i sprzeczki pomiędzy małżonkami nie są niczym pozytywnym, niemniej tak silna ingerencja państwa (policji i sądów) jest po stokroć gorsza od kłótni, razi tu ponadto niewspółmierność „winy” i „kary” (bezdomność). Zaczęliśmy pozbywać się kompleksów, które były silne, bo wpajane przez klasę polityczną i utrwalane medialnie. W końcu znaleźliśmy się w NATO i w UE, tyle tylko, że znaleźliśmy się w innej UE niż ta, którą stręczył w milionach listów prezydent Kwaśniewski. Europejskie NATO bez Stanów Zjednoczonych nie potrafi zapewnić nawet obrony własnych granic, czego dobitnym przykładem jest przeżywana przez nas właśnie inwazji z Afryki i Azji. Kilku setkom tysięcy młodych ludzi brakuje tylko jednego: broni i wyszkolenia militarnego, ale zakładam w ciemno, że jedno i drugie już jest i czeka. Jeden Breivik zastraszył Norwegię – wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby pojawiło się choćby kilka tysięcy takich Breivików. Inną jeszcze sprawą była związana z kompleksem niższości polityka kolonialna Niemiec. Owszem, dostaliśmy środki unijne, ale te środki trafiały z powrotem do centrali firm i banków w Berlinie czy Wiedniu. W Afryce Anglicy, Francuzi, Holendrzy, Belgowie i Niemcy też budowali drogi. Po czymś trzeba jeździć. Kanclerza Niemiec wybierają Niemcy. Niemiecki kanclerz nie będzie wspierał rozwoju Świnoujścia, bo chce dostać głosy od mieszkańców Rostocku. Może natomiast wpłynąć na swojego polskiego odpowiednika, żeby zawarł strategiczną umowę z „katarskim inwestorem”, który zresztą z Katarem miał tyle wspólnego, że czasami miewał katar, za to z terroryzmem miał wspólnego wiele. Kluczowa jednak okazała się zmiana mentalna.

Zasługi śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego czy Janusza Kurtyki są tutaj nie do przecenienia. Masowa odbudowa tożsamości i pamięci wyszły stąd, skąd najmniej można było ich oczekiwać: ze środowisk kibicowskich. A w zasadzie najmniej oczekiwały tego „elity”. Olbrzymią zasługę położyły IPN i instytucje muzealne, z Muzeum Powstania Warszawskiego na czele. A przecież jeszcze kilka lat temu państwo polskie pozwalało na rozbijanie Marszu Niepodległości przez pajaców poubieranych w obozowe pasiaki albo przez… chuliganów sprowadzonych z Niemiec (sic!). To że nie doszło do żadnej tragedii, jest wyłącznie zasługą sprawności organizacyjnej oraz pewnego rodzaju oporu w samej policji, która zdawała sobie sprawę, że w tłumie jest wielu policyjnych prowokatorów. Mówi się otwarcie o repolonizacji systemu bankowego (częściowo już dokonywanej) oraz – co bardzo istotne – mediów. Co zastanawiające (a być może nie?), szczególnie nieprzychylny Polsce w Europie jest duet niemiecko-francuski, przy czym Francja w tym duecie występuje w roli utrzymanki. Niemieckie, a piszące po polsku portale relacjonują nam, co o naszych sprawach piszą „media zagraniczne”. Jakoś tak się dziwnie składa, że są to zawsze jakieś „zeitungi”. Szaty rozdzierano nad polskim Trybunałem Konstytucyjnym, nie wspominając, że nadrzędność prawa krajowego nad europejskim podkreślił stanowczo Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe, a nie w Warszawie. Jesteśmy chyba jedynym krajem Unii Europejskiej, którego premier zrezygnował z zaszczytu bycia polskim premierem (istnieje jeszcze tylko jeden taki zaszczyt w państwie – prezydentura) i zbiegł na posadę w śmiesznej instytucji, jaką jest Rada Europy. Czołobitność Donalda Tuska wobec nowego pracodawcy (tak naprawdę Niemiec) musi napawać odrazą. Wystarczyły dwa lata normalności, by okazało się, że nawet potężne wsparcie propagandowe za niemieckie i Sorosowe pieniądze nie wystarczą; że podobnie jak na Węgrzech – spod tej „lawy plugawej” potrafi płomień wytrysnąć, Michnik nie jest największym żyjącym intelektualistą, „Solidarność” to nie Wałęsa i tramwajarka Krzywonos.

Prawdą jest jednak i to, że przy założeniu republikańskiej formy rządów potrzebna jest przeciwwaga polityczna w formie opozycji, a tej po prostu nie ma. Pomiędzy rządzącymi (włączam w ten krąg ruch Kukiza, bo popiera większość poważnych zmian ustrojowych) a opozycją zieje przepaść. Mało kto nabierze się już dzisiaj na Palikota i chłopa przebranego za babę – Grodzką. Te postaci stały się dziś symbolem politycznego obciachu. „Okno historii” otworzyło się dla nas również w stosunkach międzynarodowych. Słyszałem w tym roku trzy porywające przemówienia politycznych charyzmatyków: Dudy w Budapeszcie, Orbána w Budapeszcie oraz Donalda Trumpa w Warszawie. Cieszy porozumienie z sąsiadami z południa oraz postawa Chorwacji, dzięki czemu Międzymorze zaczyna nam zamieniać się w Trójmorze. To wielki projekt i dlatego tak ważne jest powstanie opozycji koniecznej do prowadzenia debaty. Można być patriotą, ale istnieją różne odcienie patriotyzmu. PiS, na co wszystko wskazuje, w przyszłych wyborach może spróbować pokusić się o większość konstytucyjną, i tak dokonałoby się „domknięcie” projektu pisowskiego. Jaka powinna ta opozycja być? Prawicowa! PiS jest partią kontynuującą tradycje lewicowego patriotyzmu PPS. Partnerem w dyskusji z tą tradycją może być albo silna partia konserwatywna, ale proponująca o wiele silniejsze prokapitalistyczne sympatie, albo partia konserwatywna w rozumieniu konserwatyzmu bliskiego tradycji ziemiańskiej. Wiem, że brzmi to nieco fantastycznie, ale cofnijmy się pamięcią do czasów, kiedy PiS był na ulicy, a w sejmie rządziła postkomunistyczna lewica i „intelektualiści”, czyli – nazwijmy rzeczy po imieniu – neomarksiści. A o PSL nie wspominam, bo to nie jest żadna partia tylko reprezentacja lokalnych kacyków. W jaki sposób odbudować elementy tradycji ziemiańskiej bez ziemiaństwa? Trudno będzie, ale próbować trzeba. Jednego jednak zrobić nam nie wolno – nie wolno nam dać się przekonać do dalszego „pogłębiania UE”. Niech sobie jadą z tą większą prędkością. Problemów nie ubędzie, tylko się pogłębią. Za kilkanaście lat sytuacja demograficzna zacznie się dramatyczne zmieniać, a przybysze nie chcą integrować się ze społeczeństwami Zachodu. Chcą go podbić, bo wiedzą, że kultura liberalna, którą to nazwą zasłania się neomarksizm, jest słaba i obrzydliwa. To my mamy potężny oręż: rodzinę i Kościół. Nie każdy Polak musi być katolikiem, ale Polska musi być katolicka, albo jej nie będzie. Pamiętam grudzień 2016 roku i próbę zamachu stanu. Nie udał się, bo Polska jest silna duchem.

Tekst  wzięty  z  https://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/13722-tylko-u-nas-polska-droga-do-wielkosci-nie-wolno-nam-dac-sie-przekonac-do-dalszego-poglebiania-ue

346 total views, 1 views today

(Visited 1 times, 1 visits today)