Lech Mucha

fot: pixabay.com fot: pixabay.com

Nie mnie osądzać cele boskiego planu. Każde tłumaczenie boskiej woli będzie nieudolne i obarczone błędem przypisywania Bogu ludzkich intencji. Jednak dzięki temu wiemy, że gdyby cała sprawa była fałszerstwem, żaden ze świadków nie opisywałby stopniowego procesu gojenia się kończyny

Gdyby zapytać przeciętnego ateistę, czy wierzy w to, że istniał taki ktoś jak Aleksander Wielki, ze zdziwieniem albo rozbawieniem odpowie, że Aleksander Wielki to postać historyczna i nie ma najmniejszego powodu, by w jego istnienie wątpić. Co ciekawe, najczęściej jest tak, że osoba traktująca jako fakt to, co wiemy o Aleksandrze, będzie próbowała nam wmówić, że to z kolei, co wiadomo o Chrystusie, to nic więcej tylko wiara i nic pewnego nie da się na ten temat powiedzieć. Tymczasem fakty dotyczące życia, nauki i samego faktu Zmartwychwstania zostały spisane przez Ewangelistów w czasach, gdy żyli naoczni świadkowie Męki. Wszystko, co wiadomo o Aleksandrze Wielkim pochodzi z pism, z których najwcześniejsze datowane są na czterysta (sic!) lat po jego śmierci. Podobnie sprawa ma się z cudami. Wszyscy słyszeliśmy opowieści o różnych cudach, dokonywanych przez Boga, często za wstawiennictwem świętych lub Maryi. Jednak ateiści nie traktują ich poważnie, w każdym doszukując się oszustwa bądź naturalnego procesu wyzdrowienia. Pośród wielu cudów jest jeden szczególny. I chciałbym go tutaj pokrótce opisać.

Historia ta zaczęła się w 1637 roku w Hiszpanii. Miguel Juan Pellicer, dwudziestotrzyletni ubogi Aragończyk wracał z pracy w polu, jadąc na oklep na mule. Najprawdopodobniej zmęczony pracą i upałem zasnął i spadł pod koła wozu, którego koło zmiażdżyło mu nogę poniżej kolana. W otwarte złamanie wdała się gangrena i po nieudanych próbach leczenia, które kosztowały chorego tygodnie cierpień, dwóch chirurgów szpitala w Saragossie amputowało nogę poniżej kolana. Nieszczęsny młodzieniec znalazł się w sytuacji, w której na życie mógł zarabiać jedynie żebraniem. Najpierw prosił o jałmużnę w mieście, gdzie wykonano amputację, potem wrócił do rodzinnej Calandy. Przez cały czas modlił się żarliwie do Matki Boskiej z Pilar, patronki Hiszpanii. Jego modlitwy zostały wysłuchane i za wstawiennictwem Najświętszej Panienki w dwa i pół roku po amputacji, w czasie snu noga została mu cudownie zwrócona. Ponieważ – zwyczajem ówczesnych żebraków – Pellicer prosił o jałmużnę, pokazując się z odsłoniętą, niezagojoną całkiem raną na kikucie, setki świadków, zarówno z Saragossy, jak i z rodzinnej Calandy mogło zaświadczyć o tym, że stał się niesłychany cud. Sprawą zainteresował się zarówno Kościół katolicki, w tym również Inkwizycja, której przedstawiciele dbali o czystość wiary, tępiąc wszelkie zabobony, szczególnie fałszywe cuda, ale także urzędnicy królewscy. W Saragossie odbył się proces. Przesłuchano wielu świadków, w tym operujących chirurgów, a także rodzinę i sąsiadów młodzieńca. Wszyscy bez żadnego wahania potwierdzali fakt odzyskania nogi. Do dziś zachowały się dokumenty, zarówno sporządzone przez dostojników Kościoła, jak i przez przedstawicieli świeckiej władzy królewskiej, potwierdzające prawdziwość zdarzenia.

Kroniki znają więcej takich cudów, polegających na przywróceniu człowiekowi utraconej kończyny, jednak ten cud zasługuje na szczególną uwagę. Przede wszystkim dlatego, że został bardzo dokładnie i ze szczegółami opisany, a dokumenty ze wspomnianego przeze mnie powyżej procesu są dostępne do dziś. Każdy zainteresowany może je sobie na własne oczy obejrzeć. Nawiasem mówiąc – skoro tak – dziwne, jak mało popularna wśród katolików jest ta wiedza. Nie wiem dlaczego księża w kazaniach i na lekcjach religii, w celu wzmocnienia wiary swych parafian, pomijają tak dobrze udokumentowany cud. Nie wiem, jak było w przypadku P.T. Czytelników, ale ja o tym z ambony nigdy nie słyszałem. Tak, czy inaczej jest to wiedza oparta o dokumenty pewniejsze niż wiele dowodów na istnienie niektórych znanych postaci historycznych.

Ale jest jeszcze coś, co czyni ten cud niezwykle ciekawym. Jak można dowiedzieć się z dokumentacji sądowej, z zeznań świadków, Pellicer po cudownym odzyskaniu nogi wraz z rodziną i świadkami pobiegł natychmiast do pobliskiego kościoła, chcąc podziękowań Przenajświętszej Panience za wstawiennictwo. Ale idąc tam, musiał podpierać się na kuli, gdyż noga nie była w pełni sprawna. Palce były przykurczone, skóra sina, mięśnie w zaniku. Już w chwili, gdy wychodził po nabożeństwie dziękczynnym, trwającym około trzech godzin, stan nogi wyraźnie się poprawił, ale jej powrót do pełni sprawności trwał jeszcze kilka dni. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dość dziwne. Skoro już Pan Bóg sprawia taki cud, jakim jest odzyskanie utraconej nogi, to czemu nie zrobi tego porządnie, z przytupem, jednorazowo? Utracona kończyna nie została stworzona de novo! Pellicer odzyskał swoją własną nogę, która spoczywała zakopana w ziemi obok szpitala, w którym ją amputowano, w odległości około 100 kilometrów od domu Miguela! Na cudownie zwróconej mu kończynie były ślady po zębach psa, który ugryzł go w dzieciństwie. (Oczywiście sprawdzono to, poszukując kończyny w miejscu jej zakopania, jednak poszukiwanie nie powiodły się. Nogi tam nie było!) Dla mnie jako lekarza, chirurga, niezwykle ciekawy jest opis wyglądu tej replantowanej nogi. Dokładnie tak trzeba to nazwać – noga ta została Miguelowi Pellicerowi replantowana, czyli ponownie „przyszyta” w cudowny sposób. Relacja o tym, co się działo z jego nogą, odpowiada dzisiejszym procesom gojenia się amputowanych kończyn! Oczywiście w siedemnastym wieku nie było technik pozwalających na takie zabiegi, a i dziś nie ma możliwości przyszycia nawet małego palca u nogi po tym, jak pozostawał on pogrzebany w ziemi przez dwa lata!

Dlaczego Bóg nie dokonał tego cudu jednorazowo? Tego nie wiem. Nie mnie osądzać cele boskiego planu. Każde tłumaczenie boskiej woli będzie nieudolne i obarczone błędem przypisywania Bogu ludzkich intencji. Jednak dzięki temu wiemy, że gdyby cała sprawa była fałszerstwem, żaden ze świadków nie opisywałby stopniowego procesu gojenia się kończyny, bo nikt z nich o takim procesie nie mógł wiedzieć. Oprócz wielu dowodów opartych na zeznaniach wszystkich biorących udział w procesie świadków, ten właśnie opis – niemożliwy do sfałszowania – przemawia do mnie najbardziej! Oczywiście nie mam pewności, że to był powód takiej, a nie innej „techniki” dokonania cudu. Widocznie z jakiegoś powodu, Stwórca postanowił – w zgodzie z jakąś narzuconą sobie zasadą ekonomii cudu – ograniczyć swą wszechmoc tylko do tego, co konieczne.

Szczegóły dotyczące wydarzenia i procesu, który był jego konsekwencją, można znaleźć w książce Vittorio Messoriego pod tytułem: Cud.

Tekst  wzięty  z  https://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/13946-boska-ekonomia-cudu

748 total views, 3 views today

(Visited 1 times, 1 visits today)