Czym naprawdę jest „zrównoważony rozwój”

Morawiecki – premier od zadłużania Polaków i dominacji państwa

Fot. Bartosz Frydrych / FORUM

Liderzy PiS tłumacząc zmianę premiera podkreślali, że po dwóch latach koncentracji na reformie politycznej, nadszedł czas na zmiany w ustroju gospodarczym. Zapowiedź ta powinna zmrozić krew w żyłach każdego Polaka.

Znowu będziemy bowiem uczestniczyć w eksperymencie społeczno-ekonomiczno-politycznym, który nie może skończyć się dobrze. Słynny „Plan Morawieckiego”, z jednej strony krytykujący uzależnienie polskiej gospodarki od funduszy zagranicznych, zakłada też dalsze zadłużanie całego społeczeństwa i uprzywilejowywanie instytucji finansowych, mających być dla nas źródłem innowacji.

„Kapitalizm społeczny” – jak Morawiecki nazywa nowy-stary model gospodarki – zakłada daleko posunięty interwencjonizm państwa pod pretekstem zapewnienia „dobra wspólnego”. Będzie drenować nasze kieszenie w celu budowania „championów” – przedsiębiorstw, których kadra kierownicza będzie podporządkowana partii rządzącej. „Kapitalizm społeczny” przewiduje ponowne uzależnienie obywateli od łaski władzy.

Mateusz Morawiecki jest koordynatorem polityki „zrównoważonego rozwoju” w naszym kraju. W czerwcu w Ministerstwie Rozwoju odbyła się konferencja ,,Agenda 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju – cele dla świata, wyzwanie dla kraju, odpowiedzialność dla wszystkich”. Blisko 50 firm działających w Polsce podpisało wówczas ,,Partnerstwo na rzecz realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDGs)”.

 

Morawiecki ma przypilnować, by Warszawa wywiązała się z Agendy 2030

Dotychczasowy minister rozwoju – uczestniczący w licznych forach krajowych i międzynarodowych poświęconych wyzwaniom związanym z wdrażaniem modelu nowej transformacji ekologicznej – często wskazywał na ogromną rolę państwa w ekonomii.

Podczas listopadowego „Kongresu 590” w Rzeszowie Morawiecki mówił, że „nie ma lepszego organizmu niż państwo do organizacji życia gospodarczego”: – Wychodzimy też z założenia, że (…) zasady kapitalizmu wcale nie są święte, nieubłagane, jedyne i jednolite. Że to jest pewien dogmat zupełnie nieprawdziwy. Jak się popatrzy wokół nas, to kapitalizm jest bardzo różny w różnych krajach i największe sukcesy odnoszą wcale nie te kraje, które mają np. najniższe podatki.

Polityk związany ze światem finansjery propagującej nową transformację ekonomiczną, prowadzącą do jeszcze większego zadłużania i zniewolenia całych społeczeństw, stwierdził także, że „dzisiaj jesteśmy na takim rozdrożu, gdzie model anglosaski nie radzi sobie wyraźnie z nierównościami, a model francuski jest niekonkurencyjny”. – I my chcemy poprzez Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zaadresować te wielkie wyzwania niespójności społecznej, nierówności – powiedział.

W jaki sposób nowy premier będzie walczył z „nierównościami”? Otóż tak, jak zakłada to Agenda 2030, a więc uzależniając obywateli coraz bardziej od państwa, niszcząc tym samym klasę średnią.

 

„Kapitalizm społeczny” na wzór chiński?

– To jest mantra Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju kapitalizm musi być kapitalizmem społecznym, prospołecznym, ale tworzącym jak najlepsze warunki do życia gospodarczego dla przedsiębiorców – podkreślał Morawiecki. – To spojrzenie przez pryzmat dobra wspólnego jest szalenie ważne. Jest nerwem naszej strategii – dodawał.

Jak argumentował, „nie ma lepszego organizmu niż państwo do organizacji życia gospodarczego”.–Państwo polskie jest takim organizmem, takim ciałem, które jako jedyne jest w stanie najlepiej nam zorganizować życie dla dobra wszystkich, a nie dla niektórych – dodał.

W styczniu bieżącego roku Morawiecki uczestniczył w debacie pod hasłem „Ryzyka i trendy 2017”. Wziął w niej udział również chiński ekonomista, prof. Justin Lin. Ówczesny wicepremier wskazał wówczas na trzy główne filary polityki gospodarczej: przewidywalność, elastyczność i zapewnienie spójności społecznej. Zaznaczył przy tym, iż „cięcia podatków nie stymulują inwestycji”. Zwrócił uwagę, że obciążenia fiskalne dla firm zostały wielokrotnie obniżone od czasu transformacji gospodarczej i, wbrew przewidywaniom, właściciele przedsiębiorstw nie zwiększyli inwestycji. Dlatego – jak zapowiedział – „rząd nie zamierza obniżać podatków”, ale będzie nakładał nowe („zacieśniał system fiskalny”), by „sfinansować wydatki socjalne” oraz ambitne projekty infrastrukturalne. Skutecznie wydrenują one kieszenie ubogiego społeczeństwa polskiego.

Środki te, co ciekawe, w ramach tzw. partnerstw publiczno-prywatnych tak naprawdę pobudzą inwestycje, tyle że przede wszystkim… zagraniczne. Firmy takie jak np. General Electric, z którym niedawno polski rząd podpisał umowę o zacieśnianiu współpracy, mają pomóc dostosować polską gospodarkę do Rewolucji 4.0. (czyli rozwój technologii IT, informatyzacja i robotyzacja zakładów, jako że jesteśmy w tyle pod tym względem w pejzażu całej Europy). Morawiecki postulował, by – podobnie jak inne kraje, które popierają model gospodarki wolnorynkowej – używać „interwencjonizmu państwowego” na bardzo dużą skalę, aby wspierać firmy krajowe i centralne zarządzanie monopolami. Minister zwrócił także uwagę, że „nie widzi rozbieżności między polityką centralnie zarządzaną a polityką laissez-faire”. – Polski model kapitalizmu powinien łączyć najlepsze elementy obu podejść – tłumaczył.

Dodatkowo, „Plan Morawieckiego” nie proponuje rozwiązań, z których miałyby skorzystać wszystkie firmy i konsumenci. Nie będzie obniżenia podatków, ale ich wzrost. „Państwo” jedną ręką daje uposażenia w postaci „500 plus”, ale drugą wyciągnie znacznie więcej pieniędzy. O takim planie świadczy np. rekordowo szybko procedowany projekt ustawy znoszącej górny limit składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe.

O realnym podniesieniu kwoty wolnej od podatku możemy na długo zapomnieć, tak samo jak o obniżce VAT. Nie doczekamy się też ograniczenia biurokracji, ale tworzenia nowych komórek kontroli skarbowej i rozbudowywania aparatu donosicielstwa. W zakładach pracy mają pojawić się tzw. sygnaliści, którzy będą „uprzejmie informować” odpowiednie służby „o nadużyciach i korupcji w swoim miejscu pracy”.

Do 2020 r. na realizację „Planu Morawieckiego” ma być przeznaczonych z budżetu państwa, czyli z naszych podatków, 530 miliardów złotych (122 mld euro, abstrahując od środków unijnych). Mateusz Morawiecki chce zwiększyć poziom inwestycji do ponad 25 procent PKB, zwiększyć udział wydatków na badania i rozwój do 2 proc. PKB oraz „zwiększyć liczbę średnich i dużych przedsiębiorstw do ponad 22 tys.”. Nie wiadomo, jak zamierza osiągnąć te cele. Najważniejsze dla niego jest przede wszystkim zasilenie kasy „championów krajowych”.

Zgodnie z planem, pieniądze powinny trafić do wybranych przez rząd podmiotów i regionów. Przewidziana jest na przykład produkcja wojskowych dronów i innych urządzeń lotniczych w południowo-wschodniej Polsce czy budowa tramwajów, autobusów i pociągów w północno-zachodniej części kraju. W ramach planu rząd utworzył już specjalną instytucję, zwaną Polskim Funduszem Rozwoju, która będzie (między innymi) „poszukiwać rynku zbytu dla tych przedsiębiorstw, które mogą zyskać status mistrza”.

Również zwiększenie wydatków na badania i rozwój  (jedynie proekologiczne projekty) ma opierać się na wydatkach rządowych. Drobni przedsiębiorcy (strategia wiceministra rozwoju zakłada rozwój dużych i średnich firm, a nie małych, których jest najwięcej w kraju), mogą zapomnieć o poprawieniu swojej sytuacji. Wciąż uzależnieni będą od drogich kredytów. Co gorsza, ich sytuacja może ulec pogorszeniu ze względu na rosnące obciążenie fiskalne. Wybrane przez rząd firmy mają mieć nie tylko dotacje z budżetu państwa, ale także ułatwiony dostęp do funduszy unijnych.

 

Nie będzie równych warunków biznesowych

Celem „Planu Morawieckiego” nie jest więc stworzenie równych warunków biznesowych. Jego realizacja ma jedynie umożliwić narrację o triumfie państwa polskiego, pomimo innych problemów gospodarczych i kontrowersji politycznych.

Od 2018 r. ma zacząć działać Polska Platforma Przemysłu 4.0., odpowiedzialna za cyfryzację i robotyzację przemysłu. Skąd będą pochodziły środki na jej funkcjonowanie? Oczywiście z „budżetu państwa”. Czym się zajmie? Digitalizacją sektora energetyki, wdrażaniem technologii blockchain, Nowej Energii, projektów infrastrukturalnych IV rewolucji przemysłowej, innowacji w budownictwie itd.

Władza, chcąc realizować program zrównoważonego rozwoju, musi więc zmienić wzorce konsumpcji i przymusić obywateli do oszczędzania. Jeszcze podczas „Kongresu 590” zauważono, że rząd musi zrównoważyć budżet w dłuższej perspektywie (nakłady będą stale rosły w związku z rosnącymi potrzebami inwestycyjnymi i konsumpcyjnymi, które już teraz w około 70 procentach są wydatkami sztywnymi!).

Polska, zgodnie z życzeniem Morawieckiego, ma stać się „koncentratorem nowoczesnych technologii finansowych” – FinTech. Dlatego nowy premier zabiegał o to, by największe banki, które są odpowiedzialne za wywołanie kryzysu w 2008 r., otworzyły swoje siedziby w naszym kraju. Proponuje im bardzo korzystne warunki. Jakie? Można się jedynie domyślać, mając przedsmak tego, co rząd oferuje Europejskiemu Urzędowi Nadzoru Bankowego (EBA), który musi szukać nowej siedziby w związku z Brexitem – 10-letnie zwolnienie z płacenia połowy czynszu w najbardziej prestiżowym biurowcu Warszawy, kilkuletnie zwolnienia z VAT na zakup samochodów i mebli dla kadry kierowniczej, przywileje należne dyplomatom itp.

 

Polska polem doświadczalnym dla FinTech

Zgodnie z planem Morawieckiego, kluczowe dla polskiej gospodarki, w dwóch trzecich zależnej od kapitału zagranicznego, jest podążanie w kierunku budowania gospodarki cyrkulacyjnej (rezygnacja z własności na rzecz leasingu, wynajmowania praktycznie wszystkiego; w dłuższej perspektywie ograniczenie konsumpcji, wyższe opłaty za prąd, wodę) i ściąganie do Polski kapitału zagranicznego, zwłaszcza dużych banków spekulacyjnych, rozwijających nowe technologie obrotu, chociażby wirtualnymi walutami i innymi „nowoczesnymi” – jeszcze nie sprawdzonymi – wirtualnymi instrumentami finansowymi, testowanymi na polskich obywatelach.

W kwietniu agencja Bloomberg, która przygotowuje m.in. serwis dla giełdy nowojorskiej, poinformowała przy okazji wizyty Morawickiego w USA i spotkania z szefową Rezerwy Federalnej Janet Yellen, że Polska planuje w tym roku kolejną emisję zadłużenia w dolarach o wartości około 400 milionów euro (427 milionów USD)! Warszawa chce także sprzedać kolejną transzę tzw. zielonych obligacji, z których wpływy mają być przeznaczone na „łagodzenie zmian klimatu” – mówił Morawiecki. Ta sprzedaż może być warta około 750 milionów euro!

Warto dodać, że Polska w grudniu 2016 r., jako pierwsze państwo na świecie, wyemitowała green bonds (zielone obligacje). Ministerstwo Finansów chełpi się, że „to był strzał w dziesiątkę” i gdziekolwiek nasza delegacja nie pojechała, wszędzie pytano ją, jak to zrobiliśmy.

„Zielone obligacje” zadłużające Polaków na lata, są „hitem eksportowym Polski”. Wielka Brytania, Włochy, czy nawet Arabia Saudyjska, dopytują się o szczegóły ich emisji. Rząd w grudniu 2016 r. pozyskał w ten sposób 750 mln euro. Nabywcami pierwszych zielonych obligacji były przede wszystkim fundusze inwestycyjne (49 proc.), banki (22 proc.) i instytucje ubezpieczeniowe oraz fundusze emerytalne (16 proc.). Kupowali je zaś Niemcy, Austriacy, kraje Beneluksu i Wielkiej Brytanii oraz Irlandii. Polskie zielone obligacje wyemitowano na 5 lat przy rentowności 0,634 proc.

W marcu tego roku rząd otrzymał nagrodę od Climate Bond Initiative (CBI) za pierwszą na świecie rządową emisję zielonych obligacji.

Tylko w ubiegłym roku obecna władza dodatkowo zadłużyła nas na rekordowe 94,1 mld zł. Tak szybko nie zapożyczaliśmy się nigdy w historii po 1989 r.  – alarmują ekonomiści, którzy przyznają, że tak źle nie było nawet w pokryzysowych czasach. Im większy dług, tym więcej musimy płacić na jego obsługę.  Pieniądze więc nie trafią na szpitale czy szkoły.

Zadłużenie Skarbu Państwa na koniec 2016 r. wyniosło 928,7 mld zł, czyli – licząc według metodologii unijnej – nie przekroczyło 60 proc. PKB, ale wzrosło z 51,1 do 54,4 proc. PKB.

Podczas tegorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy Zdroju rząd podpisał umowę z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym, zaciągając kolejny wielki kredyt w wysokości prawie 1 mld EUR na strategiczne inwestycje w sektorze energetyki i w sektorze naukowo-badawczym (tzw. obligacje hybrydowe, które łączą cechy finansowania dłużnego i kapitałowego).

Wspierając polską naukę w ramach nowego instrumentu InnovFin Science (finansowanie UE dla innowatorów przeznaczone na projekty z dziedziny nauki), EBI udzielił kredytu w wysokości 425 mln EUR.

 

Zagadka szczytu G-20

W diagnozie „Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, opatrzonego słowami marszałka Józefa Piłsudskiego – „Polska będzie wielka albo nie będzie jej wcale” – można przeczytać, że połowa Polaków zarabia mniej niż 2,5 tysiąca złotych „na rękę”, pensje są ok. trzykrotnie mniejsze niż w krajach wysokorozwiniętych i 95 mld zł rocznie trafia do zagranicznych inwestorów. Dwie trzecie polskiego eksportu tworzą firmy z kapitałem zagranicznym. Polska ma też dramatyczną sytuację demograficzną.

Rośnie wartość kredytów gospodarstw domowych i firm, a także zadłużenie państwa i koszty obsługi zobowiązań zagranicznych. Nasz kraj jest winny zagranicznym inwestorom ok. 2 bln PLN brutto, co stanowi ok. 113 proc. PKB.

Aktywa zagraniczne naszego kraju to zaledwie 808 mld PLN, z czego niemal połowę stanowią rezerwy walutowe NBP. Uzależnienie od kapitału zagranicznego kosztuje Polaków ok. 95 mld PLN (5 proc. PKB) rocznie. Jest to blisko półtora razy więcej niż  wynosi roczny budżet NFZ! Chroniczny deficyt budżetowy skutkuje wzrostem długu publicznego. Na spłatę zadłużenia idzie ponad 3 razy więcej środków niż na szkolnictwo wyższe.

Morawiecki sam wskazuje w swoim planie, że z powodu niebotycznego zadłużenia Polski i złej demografii, albo wszyscy będziemy musieli płacić wyższe składki, albo grozi nam niewypłacalność systemu opieki społecznej. Albo będziemy się jeszcze bardziej zadłużać, albo zmniejszymy wydatki inwestycyjne (tej drugiej opcji premier nie chce).

Mimo niskiego poziomu aktywności zawodowej, brakuje miejsc pracy dla 3 mln Polaków, np. tych mieszkających za granicą. Nie mamy oszczędności zapewniających bezpieczeństwo finansowe i zaspokajających potrzeby inwestycyjne polskiej gospodarki. Najczęściej wypłacane wynagrodzenie to tylko 60 proc. średniej krajowej (dominanta). Połowa Polaków zarabia poniżej 80 proc. średniej krajowej (mediana).

Mimo tej ponurej rzeczywistości, nowy premier proponuje nam dalsze zadłużanie. Kim jest ten „niezgrany” jeszcze na scenie politycznej człowiek, wkrótce szef polskiego rządu? To były członek zespołu rządowego, który negocjował warunki finansowe przystąpienia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. Później trafił do sektora bankowego, pełniąc w końcu funkcję prezesa zarządu BZ WBK i doradzając Donaldowi Tuskowi. Po drodze pełnił jeszcze funkcję konsula honorowego w Irlandii.

Mateusz Morawiecki jest jedynym polskim ministrem finansów w historii, zaproszonym na spotkanie grupy G-20, ktore w tym roku odbyło się w Niemczech.

Jak Państwo myślą, dlaczego?

Agnieszka Stelmach