Stanisław Michalkiewicz

Z obfitości serca usta mówią – powiada Pismo Święte – a ze swej strony mogę dodać, że u niektórych osób szczerość wyprzedza, i to znacznie, wszystkie inne zalety. Taką osobą jest wybitny niemiecki przywódca socjalistyczny Martin Schulz. W ogóle Niemcy mają szczęście do wybitnych przywódców socjalistycznych. Poprzednik Martina Schulza, wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler, miał też wielkie ambicje i nawet wiele z nich próbował realizować.

Z tego właśnie powodu współcześni socjaliści od wybitnego socjalistycznego przywódcy Adolfa Hitlera gwałtownie się odcinają, prezentując go jako przedstawiciela „prawicy” i to w dodatku „skrajnej”. Tymczasem Adolf Hitler był przywódcą partii narodowo-socjalistycznej i jeśli nawet prześladował komunistów czy socjaldemokratów, to raczej za herezje, jakim w jego mniemaniu ulegali, w stosunku do jedynie słusznej linii narodowo-socjalistycznej. Warto tedy wspomnieć, że Adolf Hitler miał bardzo ambitne plany co do przebudowy Europy.

Pragnął mianowicie zbudować w Europie III Rzeszę, która obejmowałaby Europę aż do Uralu, gdzie każdy Europejczyk musiałby odbywać służbę wojskową w specjalnie zaprojektowanych strażnicach, oddzielających Rzeszę od barbarzyńskich Dzikich Pól. Z inicjatywy innego wybitnego działacza socjalistycznego Heinricha Himmlera w roku 1942 zostały nawet opracowane projekty urządzenia powojennej Europy – nawiasem mówiąc, w wielu punktach podobne do rozwiązań przyjętych w Unii Europejskiej, co pokazuje, że raz rzucona w przestrzeń słuszna myśl, prędzej czy później znajdzie swego amatora. Najwyraźniej jednym z nich jest współczesny wybitny przywódca socjalistyczny Martin Schulz, z którym Nasza Złota Pani właśnie prowadzi rozmowy mające na celu utworzenie „wielkiej koalicji”. Otóż Martin Schulz niedawno pryncypialnie skrytykował Polskę oraz Węgry za to, że lekce sobie ważą „nasze wartości”, no a przede wszystkim – że nie posłuchały rozkazów Naszej Złotej Pani, która zamierzała porozsyłać tak zwanych bisurmańskich „uchodźców” po różnych mniej wartościowych bantustanach, a jakby tego było za mało, to w dodatku takie Węgry kombinują z Chinami, i to w dodatku  na własną rękę, to znaczy – bez pozwolenia Berlina. Trzeba położyć temu kres – uważa wybitny przywódca socjalistyczny Martin Schulz – i podaje, w jaki sposób należy to zrobić. Trzeba – powiada – stworzyć Stany Zjednoczone Europy, zgodnie z urojeniami socjalistów, spisanymi w roku 1925 w tak zwanym programie z Heidelbergu. Zatem trzeba opracować „europejski traktat konstytucyjny”, który doprowadzi do „Europy federacyjnej”, a komu taki traktat się nie spodoba, to zostanie z Europy wyrzucony. Zatem już wszystko jasne, z wyjątkiem oczywiście tego, jaki los spotka narody i kraje wyrzucone ze „Wspólnoty” – jak wybitny przywódca socjalistyczny Martin Schulz nazywa IV Rzeszę. Być może jeszcze żadne decyzje w tej sprawie nie zapadły, ale nie ulega wątpliwości, że jakieś ostateczne rozwiązanie zawsze się znajdzie.

„Słowicze dźwięki w mężczyzny głosie, a w sercu – lisie zamiary” – twierdził Adam Mickiewicz, i jeśli nawet przesadzał, to nie tak znowu bardzo, zwłaszcza gdy odniesiemy tę przestrogę do Unii Europejskiej. Najpierw chodziło o stworzenie Wspólnego Rynku, to znaczy – jednego obszaru celnego w Europie – i ten rozsądny pomysł doprowadził do ożywienia gospodarczego na tym obszarze. Ten sukces skłonił imperialistów europejskich do nałożenia na ten ekonomiczny projekt projektu politycznego w postaci „wspólnot europejskich”. Te „wspólnoty” były pierwszym krokiem na drodze budowy IV Rzeszy, ale żeby nikogo przedwcześnie nie płoszyć, Europa miała funkcjonować według formuły konfederacji, czyli związku państw. Ta formuła wydawała się w miarę bezpieczna, ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogłoby być jeszcze lepiej. L`appetit vient en mangeant – powiadają wymowni Francuzi, co się wykłada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Toteż parafowany w grudniu 1991 roku traktat o Unii Europejskiej, czyli tak zwany traktat z Maastricht, który wszedł w życie 1 listopada 1993 roku, odszedł od formuły konfederacji, czyli związku państw, ku formule federacji, czyli państwa związkowego. I ta formuła została dodatkowo uściślona w traktacie lizbońskim, który wszedł w życie 1 grudnia 2009 roku. Jego najważniejszym postanowieniem jest proklamowanie Unii Europejskiej jako nowego podmiotu prawa międzynarodowego.

Kiedy Polska ratyfikowała traktat lizboński i kiedy wszedł on w życie, wszystkie europejsy z niezwykłą skwapliwością zaczęły przekonywać opinię publiczną w naszym nieszczęśliwym kraju, że Unia Europejska nie jest żadnym państwem. Było to o tyle dziwne, że Unia Europejska ma wszelkie atrybuty państwa. Ma terytorium – o czym łatwo przekonać się choćby w Terespolu, gdzie jest wschodnia granica Unii Europejskiej. Ma też „ludność”, bo wszyscy obywatele państw członkowskich UE są jednocześnie obywatelami Unii Europejskiej, a nie można być obywatelem organizacji międzynarodowej, na przykład UNESCO, bo obywatelstwo związane jest zawsze z państwem. Ma wreszcie władze w postaci Rady Europejskiej jako organu władzy ustawodawczej, Komisji Europejskiej jako organu władzy wykonawczej i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu jako organu władzy sądowniczej. UE ma też swój bank centralny, swoją walutę, policję i prokuraturę, a nawet zalążek sił zbrojnych w postaci Unii Zachodnio
europejskiej, z której mogą wypączkować „europejskie siły zbrojne niezależne od NATO”. Skoro tak, to dlaczego europejsy zapewniają wszystkich, że Unia Europejska państwem nie jest? Ano dlatego, że gdyby przyznały, że Unia Europejska państwem jest, to musiałyby odpowiedzieć na kłopotliwe pytanie, jaki w takim razie jest prawno-międzynarodowy status krajów członkowskich. W szczególności – czy są one niepodległe, czy nie. Jeśli bowiem UE jest państwem, to kraje członkowskie są jego częściami składowymi – a nigdy część składowa jakiegokolwiek państwa nie była niepodległa. Mogła mieć mniejszy lub większy zakres autonomii, ale nie była niepodległa. Przeciwnie – podlegała władzom państwa, którego część składową stanowiła – właśnie jako jego część składowa. Dlatego wygodniej jest kłamać, mówiąc, że UE żadnym państwem nie jest.

Zmiany formuły z konfederacyjnej na federacyjną dokonał w 1993 roku traktat z Maastricht. Dlaczego zatem Martin Schulz w 2017 roku powiada, że dopiero „trzeba” stworzyć „Europę federacyjną”? Nie ulega wątpliwości, że „Europa federacyjna” to nic innego jak elegancka nazwa kolejnej Rzeszy, do której niemieccy przywódcy socjalistyczni najwyraźniej są przywiązani, bez względu na to, pod jaką barwą aktualnie występują: brunatną czy czerwoną.

Tekst  wzięty  z  https://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/14208-tylko-u-nas-stanislaw-michalkiewicz-od-brunatnej-do-czerwonej