Gabriel Maciejewski

 Obejrzałem wczoraj film dokumentalny zatytułowany „Szwedzka teoria miłości”. Projekt ten jest prosty jak przecinak i nie umywa się nawet do tak finezyjnych numerów z cyrku Astleya jak „Wojskowy krawiec” czy „Metamorfozy wieśniaka”. Postanowiłem jednak napisać o nim kilka słów. Z grubsza chodzi o ukazanie tego straszliwego mechanizmu, który doprowadził do dezintegracji rodziny w Szwecji. Mamy więc na samym początku zdjęcia, gdzie widać tradycyjną rodzinę z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, potem przemawiają politycy i Olof Palme maszeruje na czele swoich zwolenników ulicami Sztokholmu. Później zaś jest już tylko gorzej, aż wreszcie dochodzimy do konkluzji i wniosków. Te zaś są całkowicie zaskakujące.absurdy

Przynajmniej dla mnie. Zwykle jest tak, że w każdym filmie mamy tak zwany przekaz podprogowy, w tym jednak, o szwedzkiej teorii miłości, komunikaty podprogowy wydostaje się gdzieś w połowie filmu spod progu i staje się komunikatem głównym. Ponieważ spece od propagandy, którzy się za ten film zabrali są mimo wszystko patentowanymi durniami, nie ustrzegli się kilku mimowolnych demaskacji. Zanim przejdę do omówienia wszystkiego, dodam jeszcze tylko, że film ma już swoje lata, dokładnie chyba aż dwa lata, więc się trochę zdezaktualizował.

No to lecimy. Ze względu na upiorną politykę socjalistów, Szwedzi zostali doprowadzeni do ekstremum, w którym pozostawiono ich samych sobie, nazywając to samorealizacją i opieką państwa. Film nasz ma za zadanie zdemaskować ten mechanizm i powiedzieć biednym Szwedom, że nie tędy droga. Czyni to w sposób wywołujący w Polakach, przynajmniej takich jak my, lekki uśmiech zażenowania. Zacznę od potworności. Ta samotność jest tak zabójcza, że jak Szwed umiera, to nikogo to nie obchodzi. Rachunki są płacone automatycznie przez komputer, a on sobie leży w mieszkaniu i gnije. Pieniędzy na koncie ma masę, ale to nie ma już przecież znaczenia. Był sam i sam umarł. A przez tą cholerną politykę rządu socjalistów, nie tylko się nie zrealizował duchowo i emocjonalnie, ale jeszcze do tego zerwał kontakty z najbliższą rodziną. Potem zjadły go robaki, jak tak leżał na wykładzinie. Całe szczęście rząd ma specjalną komórkę interwencyjną, która może wejść do mieszkania, zaalarmowana przez sąsiadów zaniepokojonych trupim odorem. Dwie osoby, starsza kobieta i młodszy mężczyzna sprawdzają co po sobie nieboszczyk zostawił i ile z tego może przejąć państwo, a ile można wywalić na śmietnik. I wyobraźcie sobie, że przez cały film, ani razu nie zasugerowano, że cała ta polityka uniezależnienia jednostek od siebie nawzajem oraz całkowitego uzależnienia ich od państwa wprowadzona została po to, by kontrolować mienie Szwedów. Ani razu o tym nie wspomniano. Cały czas ględzą o tych więziach, o tej samorealizacji i o tym współuzależnieniu jednostek. I do tego pokazują różne subtelne przykłady współuzależnień, z seksualnymi na czele. Pokazują też jak powinny wyglądać właściwe relacje, a jak te złe, których trzeba unikać. Na początku mamy więc niezależną kobietę, grubą, brzydką, z krzywymi nogami, która jest tak pewna siebie, że jakby zdecydowała się wejść na nasze podwórko, to trzeba by ją wypędzać kijem, bez nadziei na sukces. Ona sobie szuka partnera, z którym mogłaby mieć dziecko. Poprzez bank spermy oczywiście, gdzie nagrane są głosy dawców. Dawca może się zareklamować w sieci, co ma jeszcze mniej sensu niż reklamy w biurze matrymonialnym, albo na portalu randkowym. Służy jedynie promocji firmy. Do zapłodnienia, ku mojemu zdziwieniu, dochodzi w domu, gdzie kurier przynosi pudełko wypełnione ciekłym azotem, z zanurzoną w nim strzykawką. No dobrze, ale ja tu nie będę streszczał tego filmu. Powiem tylko, że przez dłuższy czas pokazują tych dawców. To są sami Szwedzi, jeden w drugiego. Sami zdegradowani do poziomu tych dziwnych czynności nordyccy chłopcy, którzy nie dość, że robią „to”, mają jeszcze na tyle zlasowane mózgi, że o tym opowiadają. I żaden się nie uśmiecha. Są jednak w tym filmie ludzie, którzy się śmieją. To są przede wszystkim emigranci z Syrii przygotowywani do życia wśród Szwedów. Oni się śmieją ze szwedzkich zwyczajów, z tego dziwnego sposobu życia i kontaktów międzyludzkich. I wszyscy są serdeczni i ciepli. Nawet te grube dziewuchy poowijane szmatami. Wszyscy są też zadowoleni, albowiem oni reprezentują właściwy typ relacji międzyludzkich, empatyczny i serdeczny. Nie uciekają jeden od drugiego, interesują się sobą i swoimi sprawami. Jak któryś umrze reszta na pewno go pochowa….Na pewno? Czy aby na pewno? Ja miałbym co do tego poważne wątpliwości. Podobnie jak do zbawiennej roli bliskich relacji międzyludzkich w wydaniu syryjskim czy arabskim w ogóle. Co jakiś czas narracja przerywana jest dziwnymi obrazkami. Kilku ubranych w koszule i swetry czarnych, lata po jakichś krzakach z przedpotopowymi dzidami w rękach. Tak jak to bywało dawnymi laty, kiedy nie mieli jeszcze swetrów i koszul. Kim są i o co chodzi dowiadujemy się prawie na sam koniec filmu.

Przez dłuższy czas narratorką jest Syryjka, która mieszka w Szwecji od dawna i ponoć nie jest sama, ale ani razu nie pokazują jej w okolicznościach domowych, nie wiemy więc kto jej towarzyszy w życiu i czy nie jest to jakiś zdegradowany do poziomu dawcy nasienia odbiorca socjalu. Pani owa mówi, że nie wierzy w rasizm Szwedów, ale film przekonuje nas, że ona się myli. Ta cholerna polityka doprowadziła do tego, że Szwedzi są odizolowani od imigrantów i powoli zaczynają ich nienawidzić. A tak nie wolno, bo tracimy w ten sposób empatię. Nigdy byście nie zgadli co robią ci odizolowani Szwedzi w ramach samorealizacji. Ja sam bym na to nie wpadł. Otóż starsze panie, które wychowały się w tym upiornym systemie zapisują się na kurs obsługi tradycyjnych krosien, takich drewnianych, średniowiecznych. Mamy więc kontrolę mienia pod przykrywką samorealizacji i samą samorealizację, która wygląda jak wstęp do instalowania tkackich komun pod nadzorem uśmiechniętych i empatycznych imigrantów. I wszyscy udają, że tego nie widzą, bo najważniejszy jest bank spermy, wynaleziony przez jakiegoś ogłupiałego Duńczyka. Prócz tego banku ważne są także emocje. Te zaś można poznać dopiero na łonie natury. W filmie pokazują bowiem buntowników, którzy wyrwali się z tego szalonego kołowrotu i żyją gdzieś w lesie, w namiotach odkrywając swoje prawdziwe ja. Ten fragment filmu jest najbardziej dęty i zalatuje oszustwem, na odległość. Poznać to mogą jedynie ci, którzy odróżniają mniej więcej typy siedliskowe lasu. Na podmokłym i grząskim terenie, wśród zwalonych pni, gdzie nie ma żadnej możliwości ustawienia namiotu ze względu na półmetrową warstwę mchu pokrywającą wszystko, stoi jednak jeden mały namiot, a wokół niego kręcą się freaki. Jakaś dziewucha podobna do Stevena Bochko, jakiś Kolumbijczyk z brodą i oczami spaniela, jakiś łysy Szwed także z brodą o oczach tak pełnych współczucia, że na jego widok Josef Mengele rzuciłby czapkę na apelowy dziedziniec i zaczął po niej skakać płacząc jednocześnie z wściekłości. Wszyscy ci ludzie mają nam pokazać, że inne życie jest możliwe. Jakie? No w dziczy, bez pieniędzy, dostaw jedzenia i środków sanitarnych, w namiocie, życie pełne miłości i współczucia. Co robią ci ludzie na tej podmokłej, pełnej dojrzewającej żurawiny i innych zimozielonych krzewinek, ziemi? Otóż oni oddają się jakimś pierwotnym rytuałom. Głównie chodzi o to, żeby głaskać jeden drugiego i mruczeć. Nie ma w tym jednak intymności, bo głaskanie jest zbiorowe, w kręgu i do tego na wilgotnej ziemi, a więc wszyscy mają dobrze przemoknięte tyłki już w połowie tego seansu. To kolejna grupa, która żyje z sensem, w przeciwieństwie do przeciętnego Szweda. Nie jest to jednak koniec atrakcji. Najlepsze życie wiedzie szwedzki chirurg, który wyjechał do Etiopii. Tam jest prawdziwe piekło, ale on uważa, że jest świetnie. Ludzie są sobie bliscy, głaszczą się, przytulają i mają dla siebie czas. Operacje co prawda trzeba wykonywać w warunkach urągających wszystkiemu, ale za to człowiek doświadcza prawdziwych emocji. Pewnego dnia na stół operacyjny trafia jeden z tych facetów co biegali z dzidami po krzakach. Flaki ma na wierzchu, a dzida z jednej strony wchodzi mu w brzuch, a z drugiej wychodzi. Wszyscy przyglądają mu się z zainteresowaniem, całkowicie szczerym, nikt nie ucieka, a on sam jest przytomny i patrzy w oko kamery smutnym wzrokiem. Uśmiechnięty pan doktor, przynosi z zaplecza piłkę do metalu, bo tylko taka jest, ucina drzewce dzidy i wyciąga mu ostrze z drugiej strony. Nie pokazują tego, mniemam więc, że cała scena jest ustawką. Mówią, że to był wypadek, na polowaniu jeden drugiego pchnął tą dzidą. Ja pierniczę, prawdziwe życie, empatia, emocje ludzie się kochają i głaszczą i chcą ze sobą przebywać w dużych grupach rodzinnych, nie unikają pogrzebów, nie zostawiają chorych na pastwę sąsiadów czy dzikich zwierząt, a tu taki wypadek. Przebili chłopaka na wylot dzidą, jak to się mogło stać? I na co oni polowali w tych krzakach wokół slumsów? Może na jakiegoś wspólnego wroga? Może pomylili tego biedaka z tym wrogiem? Sam nie wiem co o tym myśleć….Dobry doktor jednak cały czas się uśmiecha i mówi, że jego życie wśród tych ludzi jest cudowne. Nie zdradza jakie są jego relacje z miejscową policją, ani kto tak naprawdę rządzi w slumsach, po których spaceruje wraz z żoną. Mamy uwierzyć, że to co dzieje się w Etiopii jest dobre, choć może trochę nieprzewidywalne.

Mamy więc ekstrema oparte o prezentowany kilka razy schemat aspiracji i tradycji poszczególnych krajów. Jedno ekstremum to Szwecja, a drugie Etiopia. Kamera parę razy prześlizguje się po tym schemacie, na tyle wolno, że łatwo zauważyć można co jest w środku. Wiecie co? My. Polska jest w środku, ale to nie obchodzi ani twórców filmu, widzów, ani Syryjczyków, ani Etiopczyków, ani Szwedów. Przed nami bowiem schemat kolejnego eksperymentu, którego Szwedzi nie przetrwają. To jest dla każdego uważnego widza jasne. Oni są skazani na zagładę, a przed zagładą na totalne wyeksploatowanie sił. Nie będzie od tego ucieczki, bo projekt ten zaciśnie im się na szyi jak żelazna obręcz. Josef Mengele tak naprawdę nie zrzuci czapki na widok tego płaczliwego gamonia z brodą, walnie go kolbą Lugera w łeb i każe dotkliwie pobić swoim kapo rekrutowanym spośród tych Etiopczyków co biegali z dzidami po krzakach, a następnie przykuć łańcuchem do krosien. Dowiedziałem się o tym na koniec filmu. Na sam koniec, albowiem wtedy pokazali atrakcję ostateczną – Zygmunta Baumana, który swoim spokojnym głosem oficera śledczego tłumaczył, że samotność i samorealizacja nie oznaczają szczęścia, że szczęście to jednak relacje międzyludzkie, które mogą być co prawda nieco kłopotliwe, ale warto się chyba do cholery trochę pomęczyć, żeby zobaczyć jako to jest żyć we wspólnocie z drugim człowiekiem. Szwedzi już niebawem się przekonają.

Po co ja mieszam do tego wszystkiego św. Pawła, zapytacie? To proste. Św. Paweł zleciał z konia i doznał wstrząsu, o jakim żaden przeciętny Szwed nie może nawet marzyć. Potem zaś, sam jeden w zasadzie, stworzył organizację, z którą do dziś nie mogą uporać się ani Etiopczycy z dzidami, ani Syryjczycy, ani szwedzcy naukowcy od socjologii, ani politycy unijni, ani w ogóle nikt. Św. Paweł stworzył organizację, która ma tyle opcji, dających ludziom możliwość spełnienia tu na ziemi, że nie wymyśli tego żaden uniwersytet, ani nawet żaden szwedzki chirurg, choćby nie wiem jak pomysłowy. Św. Paweł zobaczył sprawy w świetle jaskrawym i właściwym, czego ja dziś z tego miejsca życzę wszystkim Szwedom, a także nam tutaj licznie zgromadzonym.

Tekst  wzięty  z  http://gabriel-maciejewski.szkolanawigatorow.pl/czym-sw-pawe-rozni-sie-od-dawcow-nasienia