Zygmunt Zieliński

Zacząć wypada od własnego podwórka. Niezależnie od opcji politycznej, jeśli ktoś nie zbrzydził sobie Polski, władzy (obecnej) i społeczeństwa jak pewien aktor, ongiś, owszem, chętnie oglądany, to musi jednak gwoli oczywistości przyznać, że skończyły się pewne zjawiska w naszym życiu. A więc skończyło się państwo teoretyczne, jak to poetycznie wyraził jeden z byłych prominentów, „kamieni kupa” i coś tam jeszcze. Skończyło się eldorado dla ludzi zbijających na okradaniu Polski fortuny, skończył się wymiar sprawiedliwości „na telefon”, co z kolei tacy panowie jak Verhofstadt, Timmermans i ich polscy pomagierzy w PE nazywają niepraworządnością, kończy się „apolityczne” wspieranie „właścicieli”, i w sensie materialnym, likwidatorów Polski przez ową nadzwyczajną kastę.

I ona jest właściwie ostatnim okopem, na którym broni się „praworządność” całego układu PRLbis, któremu bezkarność zapewniała owa właśnie kasta. I tu, jak to się mówi, leży pogrzebany nasz miły azorek. Dlatego jeszcze jeden kabotyński wyczyn: deklaracja, a raczej wezwanie skierowane do wszystkich sędziów, by nie uczestniczyli w procedurze wyborów do KRS i w samejże tej instytucji. Dziwne tylko, że w uzasadnieniu mowa jest o obronie trójpodziału władzy. Możliwe, a raczej zalecane, byłoby mówienie otwartym tekstem, a to oznaczałoby, że walka toczy się o władzę dla jakiejś oligarchii ochranianej przez wiadomą kastę i, że to właśnie ta kasta zwykła nazywać demokracją własne laissez faire. Zaiste potworek myślowy. Do czego to prowadzi jurysprudencja?!

Tak więc w Ojczyźnie nie jest dobrze. Bo nie jest dobrze, jeśli jedni robią wszystko, by było dobrze, a inni nie czynią nic innego, tylko to, żeby temu przeszkodzić. A tak właśnie wygląda nasza scena polityczna. Wprawdzie ks. Boniecki ostatnio zrozumiał na czym polega powodzenie PiS i oczywiście nie omieszkał się z tym odkryciem podzielić z tymi, którzy jeszcze go zechcą czytywać. Ale są to chyba już tylko elity elit. Więc ciemny ogół i tak nic z tego mieć nie będzie.

Pociechą na te nasze smutki nie może być to, że gdzie indziej jest jeszcze gorzej. Oczywiście w ocenie „ciemnogrodu”, bo światli, wszystko inaczej czyniący, mogą zacierać ręce. Ale my nie mamy szadenfrojdy.

Zacznę od słynnego (ongiś z rzeczy dobrych) Georgetown University w Waszyngtonie, jezuickiej uczelni ongiś katolickiej, dziś jeszcze z nazwy takowej, o której jeden z komentatorów amerykańskich pisze: „Mieszczący się w bliskiej odległości od Waszyngtonu GU (Goergetown University) jest tak stary jak naród (amerykański – ZZ). Założony w 1789 r., szczyci się długą i świetlaną historią, w ostatnich dekadach dając powód do kontrowersji, bowiem zsekularyzował się i w pewnym sensie się stał się antykatolicki”.

Aż trudno uwierzyć, a jednak! W grudniu ubiegłego roku zatwierdzono tam istnienie Gender and Sexuality Living Learning Community (LLC) czyli wspólnotę otwartą dla każdego studenta chcącego zapoznać się z teorią gender i orientacją seksualną. Na kampusie uniwersyteckim otwarto też kwatery mieszkalne dla homoseksualistów, co jak zapewnił wiceprezydent uniwersytetu dla spraw studenckich, Todd Olson „stworzy przestrzeń wspólnotową do dyskusji nad gender i włączenie się, przy zachowaniu wartości jezuickich obowiązujących we wspólnocie, w wielostronną edukację pełnej osobowości”. Jak to kierownictwo uniwersytetu chce urzeczywistnić w dodatku zachowując etos jezuicki, to jest łamigłówka, podobnie jak sama katolickość tej uczelni. Ów Olson powiedział nawet więcej, mówiąc o pogłębieniu tego, co nazwał cura personalis – rozumiał bym to jako troskę o osobę ludzką. Jego zdaniem miałoby to nastąpić poprzez respekt, współczucie i wrażliwość na „homoseksualistów w stosunku do naszej wspólnoty homoseksualnej” (with our LGBTQ community). A wszystko to, opierając się na „naszych katolickich i jezuickich wartościach”. Można byłoby to przełknąć jako wyraz miłosierdzia chrześcijańskiego nakazującego traktowanie z miłością każdego bliźniego. Ale tu chodzi o propagowanie tych „wartości”, o których mówi Olson, pośrednio nazywając je katolickimi i jezuickimi. Chodzi zatem o ich propagowanie, a to już zgoła inna bajka. W każdym razie ani katolicka ani zgodna z regułą św. Ignacego.

Inna sprawa, która powinna spędzać sen z oczu wszystkim, dla których Ewangelia nie jest li tylko zabytkiem literackim, to kwestia wywołana przez adhortację Franciszka I Amoris Laetitia. 16 stycznia 2018 r. komentator sieci EWTN (Sieć Telewizji Słowa Odwiecznego), ks. Gerald Murray w wywiadzie z Raymondem Arroyo, stwierdza, że rozdział 8 w adhortacji Amoris Laetitia jest błędny, ufając, że papież go wycofa. Tenże kanonista Murray potępił też interpretację rozdziału 8 przez biskupów argentyńskich regionu Buenos Aires, którą to interpretacje uznał Franciszek I za słuszną. Kanonista ponownie wezwał papieża do wycofania tego rozdziału, uznając, że treść jego obala porządek moralny. Powstał więc problem nie tylko interpretacyjny, ale wręcz odwracający sens i znaczenie słów Chrystusa, kiedy mówi on o cudzołóstwie następującym w wyniku pojęcia za żonę lub męża osobę rozwiedzioną. Tymczasem Franciszek I w liście do biskupa diecezji San Miguel napisał, że list biskupów w „pełni wyjaśnia sens ósmego rozdziału” adhortacji apostolskiej “Amoris laetitia”. Zobaczymy czy tak jest?

List biskupów zawiera kilka punktów i z pewnością każdy z nich ma swoją wagę, ale istotne są punkty 5 i 6. O współżyciu par według prawa kościelnego nieformalnych. Czytamy tam., co następuje: (tekst cytuję za Internetem, nie zmieniając stylu, choć tłumaczenie wydaje się być dość nieskalane. Chodzi jednak o ustrzeżenie się przed zniekształceniem treści)

„5) Gdy jest to wykonalne w konkretnych warunkach danej pary małżonków, szczególnie gdy obydwoje są chrześcijanami kroczącymi drogą wiary, można im zaproponować życie we wstrzemięźliwości seksualnej Amoris Laetitia nie pomija trudności związanych z takim wyborem (por. AL przypis 329)[1] i pozostawia otwartą możliwość przystępowania do sakramentu pojednania, kiedy się upadnie w tym postanowieniu (por. AL przypis 364 według nauczania Jana Pawła II w liście do kardynała Williama Bauma z dnia 22.03.1996).

6) W innych bardziej skomplikowanych okolicznościach i kiedy nie można było stwierdzić nieważności małżeństwa, wyżej wymieniona opcja może nie być wykonalna. Niemniej jednak jest nadal możliwa droga rozeznawania. Jeśli dochodzi się do rozpoznania, że w konkretnym przypadku istnieją okoliczności łagodzące odpowiedzialność i winę (por. AL 301-302), szczególnie jeśli bierze się pod uwagę dobro dzieci z nowego związku, Amoris Laetitia otwiera możliwość przystąpienia do sakramentów: pojednania i Eucharystii (por. AL przypisy 336 i 351). One dzięki sile łaski przyczyniają się do dalszego dojrzewania i wzrostu takich osób”.

Zwłaszcza punkty 301 i 302 Adhortacji, których waga jest taka, że warto je przytoczyć in extenso[2], można uznać jako ratio sufficiens dla interpretacji biskupów argentyńskich. Zresztą uznanie, z jakim papież ich wypowiedź przyjął wyraźnie na to wskazuje.

Niewątpliwie rzecz dotyczy ważnej sfery życia i stanowi problem dla wielkiej liczby chrześcijan, którym problemy małżeńskie skomplikowały życie. Wszak wiara w Boga i w Kościół będący drogą do Niego prowadzącą jest wartością, której nie może przekreślić słabość ludzka wliczona niejako w ekonomię zbawienia. Z takiego punktu wyjścia, jak się wydaje na podstawie przytoczonych tu wypowiedzi, wyprowadza papież swą wykładnię w Adhortacji, podobnie też zrozumieli ją biskupi argentyńscy i, co można suponować, akceptują ją wszyscy ci, którzy mimo komplikacji małżeńskich chcą w pełni czerpać ze skarbca łaski, nawet jeśli kosztem tego jest odejście od jednoznacznego pojmowania nakazu chrystusowego.

Jest to w istocie pytanie, czy miłosierdzie Boże wyrównuje braki, jakie niesie ze sobą słabość ludzka? Dylemat, jak pogodzić nienaruszalność prawdy ewangelicznej z tak daleko sięgającą ufnością w Boże przebaczenie staje dziś na wokandzie i trudno udawać, że go nie ma.

Życie publiczne, bardziej chyba niż jednostkowe, przeżarte jest dzisiaj seksem, który zwyczajnie stal się towarem, reklamowanym w sposób wprost wyuzdany. Małżeństwo i rodzina są wobec tego bezbronne, gdyż trudno odciąć młode pokolenie od nachalnej propagandy wmawiającej mu, iż tylko hedonizm nieograniczony nadaje sens życiu. Pod ciosami tej propagandy pada też wiele małżeństw, którym, jak to się mówi, nie udało się. Amoris Laetitia jest próbą zatrzymania tych ludzi w Kościele. Cena jest taka, jak wyżej w skrócie przedstawiono. Cel jest, rzecz jasna, dobry i słuszny. Tylko czy nie płaci się za jego osiągnięcie fałszywą monetą? Prawdy ewangelicznej nie można bowiem skorygować, przy jednoczesnym pragnieniu dochowania jej wierności.

Zygmunt Zieliński

 

[1] Są to odniesienia do Amoris Laetitia

[2] Okoliczności łagodzące w rozeznaniu duszpasterskim

301. Aby właściwie zrozumieć, dlaczego możliwe i konieczne jest szczególne rozeznanie w niektórych sytuacjach zwanych „nieregularnymi”, istnieje pewna kwestia, którą zawsze należy uwzględniać, aby nigdy nie pomyślano, że usiłuje się minimalizować wymagania Ewangelii. Kościół dysponuje solidną refleksją na temat uwarunkowań i okoliczności łagodzących. Dlatego nie można już powiedzieć, że wszyscy, którzy są w sytuacji tak zwanej „nieregularnej”, żyją w stanie grzechu śmiertelnego, pozbawieni łaski uświęcającej. Ograniczenia nie zależą tylko od ewentualnej nieznajomości normy. Podmiot, choć dobrze zna normę, może mieć duże trudności w zrozumieniu „wartości zawartych w normie moralnej” , lub może znaleźć się w określonych warunkach, które nie pozwalają mu działać inaczej i podjąć inne decyzje bez nowej winy. Jak to dobrze powiedzieli Ojcowie synodalni, „mogą istnieć czynniki, które ograniczają zdolność podejmowania decyzji” . Św. Tomasz z Akwinu uznał, że ktoś może posiadać łaskę i miłosierdzie, ale może nie wypełniać którejkolwiek z cnót , tak, że nawet posiadając wszystkie wlane cnoty moralne nie ukazuje wyraźnie istnienia żadnej z nich, ponieważ zewnętrzne działanie tej cnoty napotyka na trudność: „kiedy powiada się, że niektórzy święci nie posiadali pewnych cnót, to jednak mieli sprawności .wszystkich cnót

302. Uwzględniając te uwarunkowania, Katechizm Kościoła Katolickiego wyraża się w sposób stanowczy: „Poczytalność i odpowiedzialność za działanie mogą zostać zmniejszone, a nawet zniesione, na skutek niewiedzy, nieuwagi, przymusu, strachu, przyzwyczajeń, nieopanowanych uczuć oraz innych czynników psychicznych lub społecznych” . W innym paragrafie ponownie odnosi się do okoliczności, które zmniejszają odpowiedzialność moralną, i wspomina bardzo szczegółowo o „niedojrzałości uczuciowej, nabytych nawykach, stanach lękowych lub innych czynnikach psychicznych czy społecznych” . Z tego powodu, negatywny osąd odnośnie do sytuacji obiektywnej nie oznacza orzeczenia o odpowiedzialności lub winie danej osoby . W kontekście tych przekonań, uważam za bardzo odpowiednie to, co zechciało stwierdzić wielu Ojców synodalnych: „W pewnych okolicznościach ludzie napotykają na poważne trudności, by działać inaczej. […] Rozeznanie duszpasterskie, uwzględniając prawidłowo uformowane sumienie osób, musi czuć się odpowiedzialne za te sytuacje. Również skutki popełnionych czynów nie muszą być takie same w każdym przypadku” .

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/zygmunt-zielinski/cos-si-e-dzieje-ze-swiatem-tylko-co

Tekst  wzięty  z  http://niepoprawni.pl/blog/zygmunt-zielinski/cos-si-e-dzieje-ze-swiatem-tylko-co

(Oglądano 33 razy, 1 dzisiaj)