Od średniowiecznych rodów po wolne związki – czyli krótka historia upadku rodziny

Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay.com+inne

Marcin Jendrzejczak

 Plaga rozwodów, aborcji, rodzin patchworkowych, przestępstw dzieci, problemów z przestępczością nieletnich, związki homoseksualne, eutanazja, przemoc w rodzinie, antykoncepcja, kryzys demograficzny, trudności psychiczne et cetera. To wszystko skutki rewolucji obyczajowej 1968 roku, wieńczącej trwający stulecia proces.

 Współczesny chaos w życiu rodzinnym stanowi krańcowe przeciwieństwo średniowiecznego ładu. Ten ostatni narodził się z chaosu rzeczywistości powstałej na gruzach cywilizacji rzymskiej.

Wczesne średniowiecze. Zachodnia, katolicka Europa zmaga się z najazdami Wikingów i Saracenów. Pozostaje wewnętrznie rozbita, a centralna władza de facto nie istnieje. Katolicy walczą nie tylko z wrogiem zewnętrznym, lecz także z nieokiełznanymi ówczesną technologią siłami natury.

Wieki Ciemne – powie wielu. Jednak właśnie w owych Ciemnych Wiekach wczesnego średniowiecza, trwa i rozwija się rodzina. Jak bowiem zauważają autorzy książki „The Christian Institution of Family: a dynamic force to regenerate society”, „w obliczu brutalności natury i wrogów oraz braku rządzącego państwa, gdyż słabi i bezbronni królowie nie mogli sprawić, by ich rozkazy dotarły do niedostępnych miejsc” ówcześni ludzie „zostali zredukowani do pierwotnej podstawowej komórki: rodziny”.

 

Średniowieczny i późniejszy ród

Rodzina, a właściwie ród (niekoniecznie królewski czy szlachecki) pełni wówczas de facto rolę państwa. Pełną, królewską władzę sprawuje w niej ojciec. Ród to swego rodzaju instytucja. Należą do nich nie tylko ci, których obecnie zwiemy najbliższymi, lecz także cała plejada krewnych i powinowatych.

Gdy nikt nie wie, co to państwowa pomoc socjalna, ludzie ci pomagają sobie nawzajem w potrzebie. Co więcej jedne rody wspierają inne. Średniowieczne społeczeństwo działa więc zgodnie z zasadą subsydiarności.

Założenie rodu wymaga niebagatelnej samodyscypliny, dalekowzroczności i przemyślności. Większej, niż sprawowanie władzy w państwie. Ród obejmuje zazwyczaj trzy żyjące generacje, lecz w pewnym sensie także pokolenia przodków i potomków. Powstałe w średniowieczu rody przetrwają setki, a nawet ponad tysiąc lat.

Owa dalekowzroczność wydaje się wpisana w istotę rodu. Jego członek nie jest bowiem samotną wyspą ani swobodnie kursującym atomem. Przeciwnie, stanowi część żywego organizmu. Gdy zabraknie go na ziemi, ród przetrwa.

Typowy przedstawiciel tradycyjnego rodu zdaje sobie zatem sprawę, że „jego pradziad dostrzegał go z daleka wśród mgieł, gdy pracował, robił oszczędności i zachowywał tradycje. Z drugiej zaś strony, on teraz patrzy w tym samym kierunku, do przodu: myśli, zamierza i buduje dla prawnuka, dla tych, którzy są jeszcze gdzieś daleko, na linii horyzontu” (ks. Henri Delassus „Duch rodzinny w domu, społeczeństwie i państwie”).

Owa dalekowzroczność przyczynia się też do tworzenia specyficznych rodowych tradycji. Niekoniecznie wielkich i wzniosłych. Mowa tu choćby o przekazywanej z ojca na syna sztuce produkcji serów czy wina. Albo komponowania utworów muzycznych – czego przykładem jest rodzina Mozartów. W tradycyjnych rodzinach syn wzoruje się na ojcu i wie, że przejmie jego fach.

Każdy ród nosi oryginalne piętno. Ta swoistość i pewnego rodzaju niezależność nie wypływa jednak zazwyczaj z ducha buntu, lecz wiąże się z pokorą wobec Boga. Stworzony przez rody świat feudalny to świat jednej chrześcijańskiej cywilizacji, jednak opartej na ogromnej różnorodności. Jest daleki od doskonałości. Jednak dąży do niej.

„Jak zauważa Frantz Funck-Brentano w książce Ancien Regime we Francji, „rodziny w przeszłości zakładały dynastie trwające przez pokolenia, a nawet wieki. Nie myślcie, że mówię o dynastiach królów, szlachciców i ministrów. Mówię o dynastiach jubilerów, artystów, profesorów, urzędników, artystów, intelektualistów. Stanowiły one potężną pomoc w rozwoju życia Europy przed Rewolucją Francuską, a w kilku sferach także po tej Rewolucji”.

Nie zapominajmy jednak, że ród nie posiada nieśmiertelnej duszy i nie będzie zbawiony lub potępiony w życiu przyszłym. Dlatego też, podobnie jak państwo, odbiera nagrody i kary już na tej ziemi. Świadczą o tym historie rodów wyniesionych z powodu cnót przodków opisanych w Starym Testamencie.

Różnorodny, feudalny świat nie trwa jednak wiecznie. Już pod koniec XII wieku rozpoczyna się z wolna centralizacja. Nasila się ona już na dworze Ludwika XIV. W jego centrum znajduje się Król Słońce, a krążą wokół niego satelity – dworzanie. Rewolucja Francuska powiększa jeszcze ten centralizm. Funkcje tradycyjnego rodu przejmuje państwo. Następnie, w społeczeństwie nowoczesnym, przemysłowym, rodzina nuklearna (rodzice plus dzieci) zastępuje ród.

 

Nowoczesna rodzina nuklearna

W XIX, a następnie w XX wieku rodzina w szeroko rozumianym świecie Zachodu traci swój rodowy charakter. Państwo przejmuje jej zdania, takie jak edukacja czy pomoc słabszym. Zdaniem autorów książki „The Christian Institution of Family: a dynamic force to regenerate society”, „miejskie i industrialne społeczeństwo nie jest prowadzone przez spójne i stabilne zasady. Wszystko jest niestabilne, konfliktogenne, konkurencyjne i agresywne. Brakuje tu miejsca dla tradycyjnej rodziny”. W świecie wielkich miast człowiek traci więź rodzinną, staje się jednostką samotną w tłumie. Społeczeństwo przekształca się w maszynę.

Rodzina przestaje produkować dobra, a gospodarstwo domowe ogranicza się do konsumpcji. Liczba dzieci maleje, a troska o starszych zanika. Rodzina ogranicza się do dwóch pokoleń, a kontakty z kuzynostwem maleją do minimum. Ojciec nie jest już wzorem dla syna. Ani pod względem zawodowym, ani żadnym innym.

Kobiety opuszczają dom i idą do pracy zawodowej. Młodzież nie chce spędzać wolnego czasu w ciasnych blokach i coraz częściej integruje się z ulicą. Mnoży się przestępczość i problemy psychiczne. Mała rodzina nie jest w stanie uporać się ze swoimi problemami, a odseparowane od niej inne familie nie spieszą z pomocą. Swą „opiekuńczą” dłoń wyciąga państwo.

Nikt nie postrzega już małżeństwa jako kwestii „racji stanu”, rozpatrywanej z punktu widzenia ekonomicznego interesu czy zachowania ciągłości rodu. Związek przestaje być aranżowany przez rodziców, lecz staje się wolnym wyborem dwojga osób. Z tym romantycznym rozumieniem związku wiąże się romantyczne podejście do młodzieży – ba, sama kategoria młodzieży to zdaniem wielu wykwit romantyzmu i czasów późniejszych.

Wszak „pojawienie się fenomenu młodzieżowości współistniało z powstaniem romantyzmu i związanych z nim rzeczywistości. Pre-romantyczne, pre-industrialne społeczeństwa nie znały tych mitów i zniekształceń normalnego rozwoju dziecka w rodzinie”.

 

Rewolucja seksualna – czyli ku zezwierzęceniu

Romantyzm i wyodrębnienie kategorii młodzieży jawią się jako nieszkodliwe, a nawet wskazane. Któż, by dziś chciał zgodzić się na związki aranżowane przez rodziców? Któż pragnąłby zrezygnować z przywileju beztroskich lat spędzanych na studiach czy w szkole i zamiast tego sposobić się do przejmowania fachu po ojcu?

Jednak zmiany zapoczątkowane przez romantyzm nie zakończyły się na przekształceniu rodu w rodzinę nuklearną. W 1968 roku nawet ona stała się obiektem ataków. Przede wszystkim ze strony wyemancypowanej młodzieży. Ta zaś nie zamierzała brać jeńców. Zrewoltowani studenci we Francji rozpoczęli bunt z powodu braku możliwości zostawania na noc w mieszanym towarzystwie w akademikach. Generał Charles de Gaulle dziwił się wówczas. – Czemu nie wystarczy im spotykanie się w kawiarniach – pytał dobrodusznie.

„Nie ufaj nikomu po trzydziestce”; „Zabrania się zabraniać” – młodzieżowy bunt pod tymi hasłami byłby nie do pomyślenia w świecie przedrewolucyjnym i przedromantycznym. Teraz jednak bariery zostały zniesione. Słuchającym psychodelicznej muzyki, zaczadzonym LSD czy marihuaną mieszkańcom komun ani w głowie poszanowanie tradycji, rodziny czy własności. Głosząc wolną miłość oddają się w jarzmo namiętności i przedmiotowego traktowania bliźnich.

 

Tragiczne skutki 1968 roku

Dziś młodzieniaszkowie z 1968 roku to starsi panowie – ludzie usadowieni w instytucjach państwowych i unijnych. Plan natychmiastowego przeobrażenia społeczeństwa nie powiódł się, nie wszyscy stali się dziećmi-kwiatami. Nie wszyscy też zamieszkali w komunach. Społeczeństwo mieszczańsko-kapitalistyczne trwa nadal, a jednak nie jest to już to samo społeczeństwo co przed 1968 rokiem.

Tak zwane małżeństwa homoseksualne są legalne w ponad 20 krajach, głównie na tak zwanym Zachodzie. Także w największych potęgach, takich jak Stany Zjednoczone, Francja czy Niemcy. Drogi realizacji agendy homoseksualnej są różne w różnych krajach. W Irlandii zadecydował o tym plebiscyt. W Stanach Zjednoczonych Sąd Najwyższy. W wielu krajach zaś parlament.

Jednocześnie rozwody zalegalizował niemal cały świat. Jedyne wyjątki to… Filipiny i Watykan! Oznacza to legalność porzucania rodziny w rzekomo arcy-konserwatywnych krajach islamskich. Co ciekawe, w Filipinach grupą zwolnioną z zakazu legalnych rozwodów są właśnie muzułmanie.

Co zaś z mordowaniem nienarodzonych? Krajów z całkowitym zakazem aborcji jest niewiele więcej. Można je policzyć – dosłownie – na palcach jednej ręki. To Dominikana, Nikaragua, Malta, Salwator i Watykan. W Chile aborcję zalegalizowano w 2017 roku. Część krajów dopuszcza aborcję na żądanie, inne, jak Polska, wprowadzają pewne ograniczenia. Czy można jednak podchodzić do ludzkiego życia, jak do partyjnego targu?

Zabijanie ludzi w późniejszym niż prenatalny okresie życia (eutanazja) jest natomiast legalne w pięciu państwach: w Belgii, Holandii, Kolumbii, Luksemburgu i Kanadzie. Z kolei wspomagane samobójstwo dopuszczają Szwajcarzy, Niemcy, Japończycy, a także kilka amerykańskich stanów. W lutym 2018 roku do tego niesławnego grona dołączy Korea Południowa.

Droga od tradycyjnej rodziny, a właściwie rodu, przez rodzinę nuklearną prowadzi więc do złożenia małżeństwa na ołtarzu przyjemności i absurdalnie rozumianej równości. Powoli zmierzamy ku pełnej realizacji hipisowskiego „ideału” całkowicie wolnych i chaotycznych związków. Choć zwą to postępem, to de facto jest to powrót do promiskuityzmu i chaosu prymitywnych plemion. Dalej jest już tylko całkowite zezwierzęcenie.

Bieg historii nie jest jednak zdeterminowany, jak chcieliby tego marksiści. Dzięki współpracy z Bożą Łaską możliwe jest „odnowienie wszystkiego w Chrystusie”, do czego wzywał święty Pius X. Owej odnowy potrzebuje przede wszystkim rodzina. Tam, gdzie przetrwała we względnie tradycyjnej formie nadal stanowi bastion cywilizacji w oceanie barbarzyństwa. Czyżby więc powtarzała się sytuacja z wczesnego średniowiecza?

Marcin Jendrzejczak

Przy pisaniu tekstu korzystałem z książki „The Christian Institution of Family: a dynamic force to regenerate society” wydanej przez Tradition Family and Property Bureau for United Kingdom. Jeśli nie zaznaczono inaczej, to znaczy, że cytaty pochodzą z niej.