[ W czyim interesie działa rząd w Warszawie?    J.B.]

Grzegorz Braun

fot: YT fot: YT

Ani medialnym dawcom, ani ministerialnym wykonawcom „zlecenia na ONR” nie przeszkadza, że nic się tu kupy nie trzyma – ani logika prawna (Kowal zawinił, Cygana powiesili), ani logika języka („neonazim” implikuje wcześniejsze istnienie jakiegoś polskiego „retro” albo „paleonazizmu”), ani fakty historyczne (akurat najwybitniejszy lider ONR ś.p. Jan Mosdorf zginął w Auschwitz).

Coraz bardziej imponująco przedstawia się wkład, jaki w życie publiczne III RP wnosi „dziennikarz śledczy” Bertold Kittel (patrz m.in.: afera aneksowa – por. np. A. Ścios: AGENT CZY DZIENNIKARZ – PYTANIA KONIECZNE) – kolejną zmanipulowaną publikacją (co sam przyznał post factum), telewizyjnym materiałem o „neonazistach” udało mu się nie tylko rozkołysać jak zawsze lekko podtopioną łajbę, pardon, nawę państwową, ale także wobec światowej opinii przyprawić hitlerowską gębę polskim patriotom.

Jeden szczegół w owym słynnym już wydaniu „Superwziernika”, pardon, „Superwizjera” TVN zwraca szczególną uwagę: twarze wszystkich uczestników sfilmowanego ukryta kamerą (?) leśnej imprezy fanklubu Hitlera zostały wykadrowane lub zamaskowane. Może zdecydowały prawnicze skrupuły – wszak filmowano „bez wiedzy i zgody” uczestników dość kameralnej i prywatnej bądź co bądź imprezy. Ale nie można przecież wykluczyć, że wśród obecnych znaleźli się i tacy, których wizerunek musi być chroniony z uwagi na dobro służby, którą pełnią – dla dobra, ma się rozumieć, tej czy innej demokratycznej republiki. Akurat red. Bertold Kittel na pewno „powinność swej służby” (cytat z Mickiewicza) doskonale rozumie – jako doświadczony funkcjonariusz frontu ideologicznego, w pełni świadom zarówno znaczenia „organizatorskiej funkcji prasy” (cytat z Lenina), jak też wymogów bezpieczeństwa i konieczności zachowania rygoru anonimowości w pracy oficera pod przykryciem.

Proszę przypomnieć sobie (kto spośród Sz. Czytelników sięga pamięcią lat 90. minionego stulecia) niezwykłe zakończenie pewnego głośnego procesu neonazistów, jaki toczył się w Niemczech. Otóż w pewnym momencie sędzia ogłosił, że odstępuje od wyrokowania w tej sprawie – kiedy wyszło na jaw, że w organizacji, której członkami byli oskarżeni, większość stanowią agenci lub funkcjonariusze Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV, Bundesamt für Verfassungsschutz). Poczciwy ów sędzia zorientował się ni mniej, ni więcej, że cała ta neonazistowska organizacja jest prowokatorską kreacją służb – a zatem trudno mu będzie skazać kogokolwiek, kto działał z inspiracji, zachęty czy wręcz na polecenie funkcjonariuszy państwowych.

Od tamtej pory sporo zdążyło się zmienić – nie wiadomo więc, czy gdziekolwiek w Niemczech znajdzie się jeszcze sędzia na tyle śmiały, by w ogóle dociekać, kto jest kim, i jeszcze przejmować się logicznymi konsekwencjami i prawniczymi aspektami ujawnionych okoliczności. Rzecz raczej pewna, że podobnych sędziów nie ma, nie było i już nie będzie w naszym post-PRL – skoro przedstawiciele najwyższych władz, wiceministrowie (nie)sprawiedliwości Jaki z Wójcikiem najwyraźniej o wyjaśnienie wszelkich okoliczności sprawy niewiele dbają, z góry traktując sprawę jako „rozwojową”, zapowiadają delegalizację Obozu Narodowo-Radykalnego. A w ślad za nimi postępuje MSWiA i minister Brudziński, który z trybuny sejmowej dziękuje „dziennikarzom śledczym” – zamiast z punktu wszcząć dochodzenie, które wyjaśniłoby, jak się to stało, że z tryumfalnym „ujawnieniem” mniemanego przestępstwa zwlekali aż trzy kwartały.

Ale przecież mądrość nowego etapu wskazana została zawczasu – już w ubiegłym roku życzenie „delegalizacji ONR” wyraził Komitet Żydów Amerykańskich oraz rabin Schudrich, co ze szczególną pilnością podchwyciły dwie panie (chyba nie mylę się i nie odbieram innym lizusom palmy pierwszeństwa): Gawin, wiceminister od kultury z kradzionego pałacu i Gronkiewicz-Waltz, prezydent urzędu od kradzionych kamienic.

Żeby nie było wątpliwości: celebrowanie serdecznej pamięci wybitnego działacza socjalistycznego Adolfa Hitlera jest przejawem poważnych deficytów intelektualnych (ignorancja) lub moralnych (pochwalanie zbrodni). Trafnie więc diagnozują sytuację ci, którzy uczestnictwo w leśnej imprezie – hitlerowskich zaduszkach, urządzonych jak wieść niesie przez aktywistów organizacji „Duma i Nowoczesność” pod Wodzisławiem Śląskim w stylu sitcomu „Allo, allo!” – określili jako akt apostazji narodowej. Polak utożsamiający się z reżimem Tysiącletniej Rzeszy i jej wodzem musiał albo wychować się na księżycu, albo nieszczęśliwie upaść na głowę, albo też po prostu nie jest świadomym Polakiem, za to chętnym wykonawcą prowokatorskiego zlecenia.

A któż to zlecenie wystawił? Nie wiadomo – może znowu jacyś „kelnerzy”? Wiadomo za to doskonale bez kogo cała rzecz nie mogłaby się udać – to niezawodna telewizja TVN, którą niektórzy złośliwcy wołają również: WSI24. Korzenie sukcesu założycieli koncernu ITI, pierwotnego właściciela TVN, prowadzą wprost do świata kombinacji operacyjnych okresu transformacji ustrojowej, nad której pomyślnym przebiegiem czuwały sowieckie polskojęzyczne spec służby. Wszakże nic nie trwa wiecznie – i oto już parę lat mija, jak ITI odsprzedał TVN amerykańskiej korporacji Scripps Networks (z siedzibą w Knoxville, stan Tennessee), która całkiem niedawno połknięta została przez Discovery Communications (z siedzibą w Silver Spring, stan Maryland). Jeśli więc polski prokurator miałby uczciwie dociekać, dlaczego funkcjonariusze frontu ideologicznego z ul. Wiertniczej od kwietnia do stycznia zwlekali z zawiadomieniem o przypadku propagowania ustroju totalitarnego (przez operetkową grupę rekonstrukcji historycznej III Rzeszy w lesie pod Wodzisławiem Śląskim) – to powinien prosić o przesłuchanie w trybie pomocy prawnej prezesów urzędujących właśnie tam, w Tennessee lub Maryland.

Czyż jednak z tamtej strony globusa Polacy mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc prawną – w sytuacji gdy senacki akt 447 w Kongresie USA przepoczwarzył się już w projekt ustawy 1226 i jest na prostej drodze do prezydenckiej kontrasygnaty? Kiedy tam zapadnie klamka, wówczas to imperialna dyplomacja zwróci się do swoich warszawskich wasali  z uprzejmą prośbą o pomoc prawną w podliczeniu owego „mienia bezspadkowego”, którego ekwiwalent gromko wylicytowany został onegdaj na 65 miliardów dolarów przez Israela Singera. A wszak łatwo wyliczyć, że gdybyśmy nawet od zaraz zaczęli codziennie wypłacać szantażystom po milionie dziennie, to urojony rachunek wyrównamy za 170 lat z okładem. Sumy to tak kosmiczne, z sufitu zdjęte, że warto wreszcie uświadomić sobie, że w istocie nie o nie chodzi. Chodzi o ów „żydowski zarząd powierniczy”, o kontrolę nad polskim terytorium. A tej nie da się skutecznie zaprowadzić, póki wolność słowa i stowarzyszania się przysługuje np. tak jawnie i bezczelnie patriotycznym, narodowym, katolickim i wolnościowym formacjom, jak np. ONR.

Ani medialnym dawcom, ani ministerialnym wykonawcom „zlecenia na ONR” nie przeszkadza, że nic się tu kupy nie trzyma – ani logika prawna (Kowal zawinił, Cygana powiesili), ani logika języka („neonazim” implikuje wcześniejsze istnienie jakiegoś polskiego „retro” albo „paleonazizmu”), ani fakty historyczne (akurat najwybitniejszy lider ONR ś.p. Jan Mosdorf zginął w Auschwitz). W operacji „deradykalizacji” Polaków fakty nie mają i mieć nie będą najmniejszego znaczenia. Zamysł jest prosty: polskich patriotów zepchnąć do getta i podziemia, poprzez delegalizację i zorganizowaną nagonkę zekstremizować – tak, aby późniejszą pacyfikację tym łatwiej legitymizować propagandowo poprzez „reductio ad Hitlerum”.

Dlatego właśnie, choć jeszcze zima nie minęła, w post-PRL nadszedł czas wiosennych porządków. A kto się najpilniej koło tego interesu zakrzątnie, ten ma szanse przejść do finału konkursu na tubylczych zarządców masy upadłościowej po post-PRL-u. Rabin Schudrich i starszy sierżant sztabowy Daniels zasiadają w jury. A przed nimi na rurze tańczą i z gałęzi na gałąź skaczą, słowem dają z siebie wszystko: Gawin, Jaki et consortes. Czy naprawdę szczytem aspiracji tych skądinąd przecież bystrych i utalentowanych ludzi jest zasiadanie w Polenratach (przez analogię do Judenratów) – kiedy w dużych ośrodkach miejskich na Międzymorzu (od Odessy do Szczecina) na dobre już okrzepnie żydowska suwerenność wyspowa?

Tekst  wzięty  z  https://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/14824-tylko-u-nas-grzegorz-braun-wiosenne-porzadki-w-styczniu