[ Poprawność polityczna  = marksizm kulturowy.    J.B.]

dr Robert Kościelny

fot: pixabay.com fot: pixabay.com

 Fryderyk Henryk Lewestam to polski krytyk literacki, dziennikarz i historyk literatury. W 1864 r., pisząc do encyklopedii hasło „komunizm”, stwierdził: – Komunizm rzeczywiście uważamy za chorobę społeczną, przecież wyznajemy, że choroba ta jest jedną z najważniejszych oznak czasu i że w niej leży zarodek do bliskiego może przekształcenia biegu historii. Przypomnijmy – 1864 to rok, w którym Karol Marks zorganizował w Londynie I Międzynarodówkę.

Od 16 lat krążyło po Europie widmo „Manifestu komunistycznego”, napisanego przez Marksa do spółki z Fryderykiem Engelsem. Już na stronie tytułowej pierwszego wydania obaj obłudnie namawiali: „Proletariusze wszystkich krajów – łączcie się!”. Radziecki komunizm pokazał później tym „proletariuszom”, którzy nie mieli specjalnej ochoty na „łączenie się”, czym skutkuje brak respektu do poleceń ojców duchowych bolszewickiego terroru.

Podobne porównanie zjawiska społecznego do choroby znajdziemy w wypowiedzi Williama S. Linda – konserwatywnego intelektualisty i publicysty, znanego w miarę regularnym czytelnikom tych tekstów. Owym zjawiskiem jest polityczna poprawność, o której Lind pisze: – Polityczna poprawność to intelektualny AIDS. Wszystko, czego się dotknie, choruje i umiera. Na uniwersyteckich kampusach w Ameryce wolność słowa jest ograniczona, programy nauczania są wypaczone, namysł intelektualny zastąpiono bezmyślnymi sloganami. Wykładowcy wymiotują ideologią, którą studenci muszą połknąć, aby otrzymać zaliczenie przedmiotu. Te miejsca, a jest ich coraz więcej, nie są już uniwersytetami, lecz małymi Koreami Północnymi.

Nie ma tygodnia, aby w którejś z amerykańskich gazet, nieopanowanych jeszcze przez lewackich hunwejbinów, nie alarmowano, że uniwersytety stają się miejscami, w których nie uczy się myślenia, tylko potulnego przyswajania ideologicznych toksyn, po to, aby w wyniku tej osobliwej „inicjacji” doszlusować do klasy rządzącej. Niedawno pisał o tym Rob Montz na stronie dwutygodnika „The American Conservative”, w tekście o wymownym tytule Dlaczego college są miejscem antyintelektualnej histerii?

Wszystko to nasuwa nam, żyjącym przez prawie pół wieku po tej gorszej stronie żelaznej kurtyny, oczywiste skojarzenia – każdy, kto chciał skończyć studia w czasach Peerelu, musiał chodzić na kompromisy z załganym systemem. Ale żeby w Ameryce takie rzeczy?! Komunizm, niezależnie od tego czy występuje w wersji siermiężnych sowieckich instytutów marksizmu-leninizmu, czy amerykańskich kampusów i hollywoodzkich wytwórni filmowych, ma zawsze takie samo oblicze – antyintelektualne, totalitarne, represyjne. I zawsze karzącej ręce „ludowej sprawiedliwości” towarzyszy ten sam slogan – dla dobra ludzkości i ku chwale najbardziej świadomej klasy społecznej. Kiedyś była nią tzw. klasa robotnicza, czyli, mówiąc po ludzku, elita komunistyczna wypowiadająca jedynie słuszne komunały ustami Biura Politycznego, dziś są nią kobiety-gender, osoby cierpiące na zaburzenia o podłożu seksualnym, Murzyni, „emigranci” czy też „uchodźcy”. A o tym, czego im (i nam) potrzeba do szczęścia i rozwoju, dowiadujemy się nie od zdziadziałych członków Komitetu Centralnego, ale od silikonowych gwiazd ekranu, celebrytów, ludzi typu Zibi Brzeziński (niech mu ziemia…) i brukselskich eurokratów.

William S. Lind wskazuje na pięć nieprzypadkowych podobieństw między marksizmem ekonomicznym, czy też tym, co u nas nosiło nazwę „realny socjalizm”, a marksizmem kulturowym, czyli polityczną poprawnością. O jednej już wspominaliśmy – obie ideologie są totalitarne. Obie optują za „prawdami”, które są sprzeczne z ludzką naturą i doświadczeniem. W przeciwieństwie do tego co głosi marksizm ekonomiczny, nie istnieje coś takiego jak „bezklasowe społeczeństwo”, a chęć wzbogacenia się jest zjawiskiem przynoszącym więcej korzyści społeczeństwu niż strat w formie „wyzysku człowieka przez człowieka”. Wbrew temu co głosi komunizm kulturowy, istnieją zasadnicze różnice między kobietą a mężczyzną, podobnie jak inne są ich role społeczne, wynikające właśnie z odmienności płci. Rasy i grupy etniczne mają swoje charakterystyczne cechy, a homoseksualizm jest aberracją. Ponieważ jedynym sposobem, aby ludzie zaakceptowali ideologię, jest przymus, będą do niej przymuszani całą siłą, jaką dysponuje państwo, jeśli marksiści obu wyżej wymienionych odmian przejmą władzę.

Oba rodzaje marksizmu mają jasną wykładnię skomplikowanych dziejów ludzkości. Marksizm ekonomiczny mówi, że historia zdeterminowana została przez własność środków produkcji, a marksizm kulturowy widzi przeszłość jako zjawisko określane przez to, jakie grupy – zdefiniowane przez płeć, rasę, „preferencje” seksualne – odgrywają wiodącą rolę w społeczeństwie.

Trzecie podobieństwo polega na tym, że oba marksizmy uważają, że pewne grupy społeczne są z założenia dobre, a inne złe. Dla marksizmu, który gnębił społeczeństwa Europy Środkowej i Wschodniej przez pół wieku, dobrzy byli robotnicy i niekiedy chłopi, a źli – ludzie należący do klasy średniej. Dla piewców politycznej poprawności rolę „dobrych robotników” odgrywają ludzie rasy czarnej, Latynosi, „wyzwolone kobiety”, sodomici i niektóre inne mniejszości, a w roli „wyzyskiwaczy” marksizm kulturowy obsadza ludzi rasy białej.

Oba rodzaje marksizmu mają inklinacje do wywłaszczania. Komuniści robili to poprzez konfiskatę własności klasy średniej i wyższej, przekazując ją państwu, czyli sobie. Komunizm kulturowy zarówno w kampusach uniwersyteckich, jak i w rządzie dyskryminuje białych, nazywając takie działania „dyskryminacją pozytywną” i nadaje przywileje tym grupom, które faworyzuje. Akcja afirmatywna, wyrównywanie szans mniejszości, które podlegały w przeszłości prześladowaniom, jest przykładem tego typu wywłaszczenia.

Piątym podobieństwem obu nurtów tej samej totalitarnej ideologii jest stosowanie takich metod analizy rzeczywistości, które pokazują „prawdziwość” ich założeń i interpretacji rzeczywistości. Marksizm klasyczny stosuje w tym celu materializm dialektyczny (diamat), a kulturowy – dekonstrukcję. Polega ona na usunięciu z „tekstu” wszystkich jego dotychczasowych znaczeń i zastąpieniu ich nowymi. W ten sposób można wykazać, że w rzeczywistości analizowany materiał mówi o ucisku kobiet, czarnych czy homoseksualistów przez białego mężczyznę i kulturę Zachodu. – Jakie były intencje autora dekonstruowanego tekst, nie ma tu najmniejszego znaczenia – podkreśla William S. Lind.

Na koniec warto zwrócić uwagę, że marksizm kulturowy, choć jest chorobą, której nieleczenie może doprowadzić cywilizację w takiej formie, w jakiej jest nam znana i przez nas akceptowana, do śmierci, nie jest złem absolutnym. Po pierwsze dlatego, że na tym świecie nie ma zła absolutnego, jak też absolutnego dobra – takie rozpoznanie wynika z chrześcijańskiej interpretacji rzeczywistości. Po drugie – absurdy politycznej poprawności oraz nieprzytomne ataki jej propagatorów na cywilizację Zachodu zmuszają jej obrońców do przemyślenia założeń, uściślenia twierdzeń i wyostrzenia używanych pojęć. Krótko mówiąc, skłaniają do refleksji nad bogactwem dziedzictwa kultury europejskiej. Tak więc, nie ma tego złego… I tym się krzepmy w tych ciekawych czasach.

Tekst  wzięty  z  https://polskaniepodlegla.pl/wydarzenia/item/12184-lektura-obowiazkowa-przekonajcie-sie-czym-jest-poprawnosc-polityczna-i-jak-konczy-sie-jej-wdrazanie

[ Uniwersytety zakładał Kościół Katolicki dla poszukiwania prawdy.  J.B. ]

(Oglądano 59 razy, 1 dzisiaj)