Stanisław Srokowski

fot: pixabay.com fot: pixabay.com

Z pozoru to pytanie należy do kategorii pytań lżejszych, kabaretowego czy wręcz groteskowego rodzaju. Ale gdy się dokładniej mu przyjrzymy i zrozumiemy jego głębszy sens, okaże się, że to jedno z pytań wagi ciężkiej. Bo dotyczy jakby istoty rzeczy, czyli tego, kim my dzisiaj jesteśmy, my – świat mężczyzn dźwigających glob na swoich ramionach.

Już widzę, jak się rzucają na mnie ze straszliwym wyciem wszelkiej maści sufrażystki, feministki i bojowniczki o prawa kobiet z pretensjami, że propaguję męski szowinizm, bo przecież one także dźwigają świat na swoich muskularnych ramionach, a ja piszę tylko o chłopach. Pożrą mnie więc żywego i na dodatek nawet po śmierci zażądają, choć to nielogiczne, satysfakcji. No i niech żądają. A co, nie wolno mi pisać o chłopach? Wszakże jest wolność słowa. A jak jest wolność słowa, to i jest wolność propagowania męskiego szowinizmu, a nawet seksizmu. Dowalcie mi więc, zjadliwe babskie sekutnice.

Ale zanim dowalicie, to przypomnijcie sobie, co śpiewała wybitna, wielka przedstawicielka waszego rodu, polska piosenkarka z minionego wieku, Danuta Rinn, a właściwie Danuta Smykla, znakomity talent i prawdziwa baba. I ona wiedziała, co śpiewa. Przypomnijmy więc sobie jej najgłośniejszą piosenkę, do której słowa napisał Jan Pietrzak, a muzykę skomponował Włodzimierz Korcz. Nie wiem, czy Pietrzak miał świadomość tego, co pisze, czy tylko mu się to tak napisało, co, jak sądził, będzie tylko kabaretowe, dowcipne, ale nic ponad to. Naród się pobawi, piosenka pójdzie w świat i na tym zabawa się skończy. Ale drodzy panowie, zabawa się nie kończy. Panie Janie, napisał Pan rewelacyjną, proroczą, wręcz genialną pieśń i zrobił Pan to nie po to, jak się panu wtedy, być może, wydawało, by się z nią i przy niej tylko pobawić, ale po to, by po dziesiątkach lat tacy poszukiwacze różnych dziwactw świata jak ja mogli powiedzieć, że przewidział pan coś, czego nie przewidziały najtęższe nasze mózgi naukowe. Przewidział Pan, że świat męski się załamie, padnie i w ruinach zginie. Znakomicie odczuł Pan i odczytał znaki swojego czasu. Rzeczywiście świat męski powoli się chylił już wtedy ku upadkowi. A dzisiaj jest już prawie w rozsypce. Pisał Pan ten tekst, jeśli dobrze pamiętam, w 1974 r., a znakomita Danuta Rinn po raz pierwszy zaśpiewała go, jeśli się nie mylę, porywając swoją błyskotliwą interpretacją i oryginalnym talentem setki tysięcy wielbicieli także chyba w 1974 r. Przypomnijmy sobie słowa tej piosenki:

Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy,
mmm, orły, sokoły, herosy!?
Gdzie ci mężczyźni na miarę czasów,
gdzie te chłopy!? – Jeeeee!

 

Dookoła jeden z drugim jak nie nerwus, to histeryk,
drobny cwaniak, skrzętna mrówa, niepoważne to, nieszczere.
Jak bezwolne manekiny przestawiane i kopane,
gęby pełne wazeliny, oczka stale rozbiegane.
Bez godności, bez honoru, zakłamane swoje racje
wykrzykuje taki w domu śmiesznym szeptem po kolacji…

 

Gdzie ci mężczyźni…

 

Bojownicy spraw ogromnych, owładnięci ideami
o znaczeniu wiekopomnym i wejrzeniu jak ze stali.
Gdzie umysły epokowe, protoplaści czynów większych
niż pokątne, zarobkowe kombinacje tuż przed pierwszym.
Nieprzekupni, prości, zacni, wielkoduszni i szlachetni.
Gdzieże oni, gdzie tytani woli, czynu, intelektu?
Gdzie są prawdziwi mężczyźni…

No właśnie, gdzie są prawdziwi mężczyźni, gdzie ci królowie, książęta, rycerze? Gdzie ci, których charaktery wykuwały wielkie wydarzenia, idee, porywy serc i marzeń? Gdzie ci z godnością, potęgą woli i wiarą w odradzający się sens świata? Gdzie ci, którzy karków nie gięli i z dumą patrzyli przed siebie? Gdzie ci, którzy zaprawieni w bojach stali na straży domów swoich wybranek i chronili synów i córki przed barbarzyńcami i najemnymi zbirami? Gdzie ci mężczyźni, dla których ojczyzna, rodzina i wiara to sztandary nieustannie łomoczące nad ich głowami? Nie ma, nie ma, nie ma, jak by powiedziała Danuta Rinn. Nie ma, bo zostali nam sami nerwusy, histerycy, intryganci, plotkarze, cwaniacy, zostały manekiny bezwolne, gęby pełne wazeliny i oczka stale rozbiegane. Bez dumy, godności, honoru i czci… Mocne słowa, powiecie. No, mocne, ale i czasy są takie, że mocno trzeba mówić, a nawet krzyczeć i walić pięściami o stoły, by wstrząsnąć sumieniami. O ile ktoś jeszcze sumienie ma.

No, dobrze, sprawa jest poważna. Mężczyźni tracą męskość, kobiety – kobiecość. I nie bierze się to znikąd, Pietrzak, powiadam, musiał wyczuć tym swoim genialnym, dzikim instynktem, że coś ważnego nadchodzi, że dzieją się dzieje, a nami kręci jakiś koszmarny wiatr historii. Nie potrafił tylko go nazwać po imieniu. Pokazał objawy, nie wskazał przyczyn, źródeł i korzeni zła. Bo to jest zło, totalne zło, które pragnie zawładnąć naszymi umysłami. Nazwijmy go wreszcie po imieniu i wskażmy, gdzie się znajduje. Wciąż nie widzimy jego ponurej postaci, ale dotkliwie odczuwamy jego działanie.

To marksizm kulturowy. Komunizm rewolucyjny nie zdołał ulepić nowego człowieka, no to mniej więcej od 100 lat lepią go marksiści kulturowi. Lepią po całym świecie, a więc lepią i w Polsce. I u nas to lepienie udaje im się znakomicie, bo jak powiada Pietrzak, nasi mężczyźni to: „bezwolne manekiny, przestawiane i kopane, gęby pełne wazeliny, oczka stale rozbiegane”. Poddali się obcej kulturze, bo są bez honoru, godności i czci. Przyjmują na ślepo każdą ideę, każdą myśl obłędną i chorą, każdą nowinkę i kpinkę. Przyjęli w ten sposób jedną z najbardziej przewrotnych myśli marksizmu kulturowego, czyli tzw. freudowski panseksualizm. A marksiści kulturowi wraz z panseksualizmem poczęli obalać tradycyjne relacje między kobietą a mężczyzną, z furią rzucili się na autorytet ojca, zanegowali rolę rodziny w wychowaniu dzieci, znieśli różnice w edukacji chłopców i dziewczyn, odrzucili wszelkie formy męskiej edukacji i w ten sposób zakwestionowali odwieczną rolę mężczyzny w życiu wspólnoty. Mężczyzna stał się nikim, „bezwolnym manekinem, przestawianym i kopanym”.

Sto lat wcześniej, zanim ta zaraza owładnęła globem ziemskim, pewien francuski historyk, filozof i mason, Joseph de Maistre, napisał: „Do tej pory narody były wybijane przez podbój, czyli inwazje… Ale pojawia się ważne pytanie, czy naród nie może umrzeć na własnej ziemi, bez przesiedleń i inwazji, pozwalając, by gnilne robactwo zepsuło do samego rdzenia pierwotne i podstawowe zasady, które sprawiają, że naród ten istnieje”.

Wystarczy?! Wystarczy! Gdzie ci mężczyźni, że na to pozwalają?

www.srokowksi.art.pl

Tekst  wzięty  z  https://warszawskagazeta.pl/felietony/jadlospis/item/5457-czy-sa-jeszcze-mezczyzni