Stanisław Michalkiewicz

Styczeń, początek Nowego Roku. Kiedyż będzie lepsza okazja do snucia prognoz na nadchodzący czas, jak nie na przełomie lat? Co prawda 1 stycznia jest momentem umownym, bo rok to tylko okres, w którym Ziemia dokonuje pełnego obrotu wokół Słońca, a ono mknie wraz z całym swoim układem planetarnym usytuowanym w jednym z ramion spiralnej galaktyki Drogi Mlecznej, z zawrotną chyżością 250 kilometrów na sekundę, a tak zwany rok galaktyczny, czyli pełny obrót Układu Słonecznego wokół centrum Drogi Mlecznej, trwa około 225-250 milionów lat.

Ponieważ wiek Ziemi szacowany jest na 4,5 miliarda lat, to znaczy, że wraz z Układem Słonecznym okrążyła ona centrum galaktyki zaledwie 18 razy! W tej długiej podróży Układ Słoneczny, a z nim i Ziemia, może przelatywać przez obszary trochę bardziej zapylone od innych i tym właśnie można tłumaczyć okresy zlodowaceń i ociepleń – a nie emisją dwutlenku węgla przez przemysł, bo to są śladowe ilości nawet w porównaniu z emisjami tzw. cieplarnianych gazów przez czynne wulkany. Ten „efekt cieplarniany” jest potrzebny cwaniakom, już zarabiającymi na handlu limitami dwutlenku węgla, jakie skorumpowana łobuzeria, która na podobieństwo insektów oblazła rozmaite międzynarodowe instytucje, poprzyznawała poszczególnym państwom. W porównaniu ze skalą kosmiczną możliwości człowieka w ogóle się nie liczą i wobec tego niezmierzonego ogromu można tylko za Błażejem Pascalem powtórzyć: „wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”.

Ale niewidzialne kręgi tej wiekuistej ciszy, to jedna sprawa, a codzienne życie na Ziemi to sprawa druga, z naszej perspektywy tak samo ważna, jak i tamte. Bo o ile „ze swych wież astronomowie zapatrzeni w gwiezdne mrowie” już wiedzą, że gwiazdy i planety poruszają się same, podczas gdy ekonomiści, a przynajmniej wielu z nich, nadal uważają, że gdyby nie popychali rzeki, to nie popłynęłaby ona do morza, tylko w góry, w związku z czym losy Układu Słonecznego i Ziemi mniej więcej można przewidzieć, o tyle z wydarzeniami życia codziennego już tak dobrze nie jest. Dobrze nie jest – ale i te wypadki można przewidywać, opierając się na wydarzeniach już znanych. Świat bowiem funkcjonuje zgodnie z zasadą przyczynowości, która głosi, że z określonych przyczyn muszą wystąpić określone skutki. To bardzo dobra zasada, zresztą jak wszystko, co uczynił był Stwórca Wszechświata. Wyobraźmy sobie tylko, co by było, gdyby tej zasady nie było. Świat jawiłby się nam w postaci chaotycznego kłębowiska, o którym nic nie moglibyśmy powiedzieć, którego nie potrafilibyśmy objąć rozumem, a w tej sytuacji również i on nie byłby nam do niczego przydatny. Ponieważ jednak świat funkcjonuje zgodnie z zasadą przyczynowości, to możemy uchwycić go naszym rozumem, dzięki czemu mogły rozwinąć się rozmaite nauki. Niekiedy ta zasada bywa chwilowo zawieszana; przyczyny występują, ale skutek jest całkiem inny, niż powinien, i takie momenty nazywamy cudami. Cuda jednak zdarzają się wyjątkowo, bo nie po to Stwórca Wszechświata ustanowił zasadę, która nim kieruje, żeby dla naszej wygody albo próżności co i rusz ją zawieszać.

Skoro tak, to warto skupić się wydarzeniu, jakie miało miejsce 12 grudnia w Stanach Zjednoczonych. Oto Senat USA zaaprobował Akt 447, który – ogólnie biorąc – ma stworzyć pozory legalności, dzięki którym Stany Zjednoczone mogłyby zmuszać przy pomocy sankcji i innych środków nacisku państwa europejskie, które w roku 2009 lekkomyślnie wzięły udział w konferencji „Mienie ery holokaustu” w Pradze. Zgodnie z postanowieniami tego aktu o kryptonimie JUST, „mienie bezspadkowe” miałoby zostać wyodrębnione i oddane w zarząd jakimś gremiom żydowskim, które dochody z tego mienia przeznaczałyby na wspieranie „ocalałych” z holokaustu, na indoktrynowanie mniej wartościowych narodów tubylczych o holokauście oraz na „inne cele” – nawet nie śmiem się domyślać jakie. W razie oporu Stany Zjednoczone właśnie na podstawie tego prawa (bo przyjęcie aktu przez Senat oznacza rozpoczęcie procesu legislacyjnego) będą mogły wobec krajów opornych stosować rozmaite środki nacisku, na przykład w postaci zamrożenia posiadanych przez nie na terenie USA aktywów itp. Taka właśnie groźba została zastosowana przed laty wobec Szwajcarii, która się pod nią ugięła i wszystkie żydowskie żądania w podskokach spełniła. Skoro tak, to cóż tu mówić o Polsce, która jest na takie naciski nieporównanie bardziej wrażliwa niż Szwajcaria. Pewne oznaki poza tym wskazują, że sprawa została po cichu uzgodniona nie tylko z polskim rządem, ale nawet z innymi dygnitarzami, o czym świadczyłoby zgodne milczenie na ten temat we WSZYSTKICH niezależnych mediach głównego nurtu. Skoro tak, może to oznaczać, że żadnego oporu z polskiej strony nie będzie i że wszystkie roszczenia żydowskie zostaną zaspokojone.

Co to oznacza? Roszczenia te szacowane są na 65 mld dolarów, co stanowi równowartość rocznego budżetu naszego państwa. Treść Aktu 447 wskazuje, że „mienie bezspadkowe” ma zostać wyodrębnione, co oznacza, że majątek tej wartości będzie znajdował się na terenie Polski, a to z kolei – że obdarzone nim środowisko żydowskie z dnia na dzień zyska w Polsce dominującą pozycję ekonomiczną, która natychmiast przełoży się na dominującą pozycję społeczną i polityczną. Mówiąc krótko – Polacy w ten sposób zyskają szlachtę jerozolimską. Można to przyrównać do nowej Jałty, w następstwie której Polska dostanie się pod okupację żydowską, która – podobnie jak wcześniej okupacja sowiecka – w pierwszym okresie będzie na pewno surowa, a może nawet okrutna – bo potem, kto przeżyje, to już się przyzwyczai, podobnie jak wielu przyzwyczaiło się do dominacji sowieckiej, a nawet ją polubiło i nadal do niej tęskni. Jednocześnie Komisja Europejska, z ostentacyjnym poparciem Niemiec i Francji, postanowiła zastosować wobec Polski sławny art. 7 traktatu o Unii Europejskiej, który również daje możliwość dyscyplinowania niepokornych bantustanów przy pomocy obcinania subwencji, a nawet przy pomocy sankcji. Wygląda na to, że u progu 2018 roku, w którym będziemy obchodzili setną rocznicę odzyskania niepodległości po 123 latach niewoli spowodowanej rozbiorami Polski, zaszły wydarzenia, które mogą doprowadzić do ponownej utraty niepodległości, nawet przy zachowaniu atrapy państwa, które wskutek tego upodobniłoby się do wypchanego orła. On też ma dziób, szpony, a nawet skrzydła, ale już nie lata.

Tekst  wzięty  z  https://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/14431-tylko-u-nas-stanislaw-michalkiewicz-nowa-jalta